05 April 2013

heart on fire

Poważnie, nie mogę przestać tego słuchać. Dziś była moja pierwsza podróż tam-i-z-powrotem do Olsztyna i przynajmniej 3h ta piosenka leciała w kółko. Pociąg jechał z Gdyni i nie wiem, gdzie to zrobił, ale nim dojechał do Gdańska, miał pół godzinną obsuwę. Co jednak ciekawsze - nadrobił ją niemal całkowicie. W każdym razie zdążyłam obskoczyć bibliotekę, promotorkę (dużo plusików odnośnie mojej pracy), zarezerwować pokój na następny raz, kupić film do aparatu (sprzedawca wydał się jakiś taki onieśmielający, więc wykazałam się swoim blond geniuszem i rzekłam: poproszę film kolorowy... do aparatu - no, bo ciekawe do czego innego kupowałabym film u fotografa!). Ach, nie wiem, o co chodzi, ale wprowadzili chyba miejscówki w TLK. Odnoszę wrażenie, że to zły pomysł. Od razu taka negatywna aura. Pierwsze, co usłyszałam po wybraniu przedziału (zgodnie z danymi na bilecie) to: pani siedzi na moim miejscu. Jezus, bo jak numerek za moją głową się nie daj Boże nie zgodzi to co, wyrzucą mnie z pociągu? Ech.

Z samego rana przeczytałam też bardzo miłą notkę u Kasi (tutaj) odnośnie naszej sesji olsztyńskiej. Chyba dlatego miałam cały dzień dobry humor, chodząc po tych szarych miastach. Wciąż zima. Te zdjęcia wciąż napawają mnie taką energią, że hoho! Wcale nie widać, że było z -10 stopni. Super ekipa i super atmosfera, znów powiem: I'll come running with a heart on fire, jeśli tylko będzie szansa na powtórkę.