Proszę sobie włączyć Midlake - Winter dies, The Heavy - And when I die, Agnes Obel - Riverside.
Poniższy tekst jest stary, z zeszłego listopada właśnie, a że dziś taka pogoda, to wrzucam. Oto, co wychodzi z głów ludzi, który słuchają mp3 w pociągach, wbrew pozorom wcale nie idzie się znudzić. Tak sobie myślę, że jak zwykle zwaliłam zakończenie, no ale już trudno.
Umiera zima.
Wszyscy to wiedzą.
Ktoś musi umrzeć, by ktoś się
narodził.
Otwieram oczy. W pokoju jest
ciemno, kontury topnieją w zimnym, szarym blasku poranka. Nie ma więcej czasu
na kontemplację, puchowa kołdra nie może mnie dłużej chronić. Stawiam czoła
dniu.
Gdy wychodzę przed dom, już wiem.
Czuję to w kościach, powietrze inaczej pachnie. Z każdą mijającą minutą będę
świadkiem, jak Ziemia wraca do życia. Jest coś podniecającego i
przygnębiającego równocześnie w tym nieuniknionym procesie. Osobiście wolę
śmierć lata, usychanie świata, wielomiesięczny senny trans.
Jestem wyjątkiem, jednostką.
Rozglądam się, nasłuchuję. Jest na tyle wcześnie, że niewielu ludzi chodzi po
uliczkach wioski. Słyszę stłumiony szum morza, wszak dzieli mnie od niego
niecały kilometr. Wraz z podmuchem wiatru w powietrzu rozpływają się
rozpaczliwe krzyki zziębniętych dusz. Dziś łkają po raz ostatni, oddalają się
coraz bardziej, gdzieś hen daleko, by w innej części globu płakać nad swym
marnym losem.
Godziny mijają leniwie, a na ulicach
pojawia się coraz więcej ludzi. Idę przed siebie i wkrótce mam serdecznie dość
nieustających powitań, uśmiechów, ach jaki piękny zapowiada się dzień, czyż
nie? To mała osada, wszyscy się znamy. We wszystkich tych ludzi wstępuje
energia, wystarczy jeden błysk słońca, by ich twarze rozpromieniły się w
szerokim uśmiechu. Oczywiście, rozumiem ich radość, lecz jej nie podzielam.
Dlaczego?...
Wszak kiedyś było inaczej.
Pamiętam ten czas, gdy czułem.
Naprawdę czułem otaczający świat. Poruszał mnie dogłębnie, nieskończenie,
nieustannie. Każdy dźwięk, każda barwa. Każdy kolejny człowiek spotkany na mej
drodze wyzwalał we mnie lawinę wrażeń. Wszystko. Pamiętam, że byłem wtedy
szczęśliwy. Tak pełen energii! Zawsze wdzięczny za to, co gotował mi los i za
to, co sam osiągnąłem. Nie wiem nawet, kiedy to minęło, odeszło płynnie,
zastąpione pustką.
Zbliżam się do wody, coraz
głośniej słychać fale rozbijające się o skalisty brzeg. Staję na krawędzi klifu
i patrzę w dal. Mój wzrok jest już zbyt słaby, by w pełni podziwiać piękno tego
widoku. A jednak nie muszę wcale widzieć, by wiedzieć, że już wkrótce z naszego
portu zaczną odbijać statki kupców. Dziesiątki łodzi większych i mniejszych, o
trzepocących na wietrze płóciennych żaglach. Z tej perspektywy będą wyglądać jak
zabawki. Jako dziecko stawałem w tym samym miejscu i nabrawszy w płuca tyle
powietrza, ile tylko były w stanie pomieścić, dmuchałem w dal. Cudownie było
wierzyć, że to tylko i wyłącznie moja zasługa, że żagle nadymają się i
napędzają statki. Patrzyłem na nie, dopóki nie znikały za horyzontem.
Zmierzałem jednak do tego, że
choć Ziemia rodzi się na nowo, to nasza wioska zamienia się w wielki, bulgocący
kocioł. Woda zdaje się wzbierać, burzy się, nadyma się i zapada na przemian,
żyje własnym życiem. Tak samo w ludzi wstępuje energia, wydaje się, że jest ich
znacznie więcej, niźli zimą, są wszędzie, rozgadani i zapracowani, lecz… W
rzeczywistości znikają, tak jak woda, która paruje i w końcu kocioł zostaje
pusty. Rozumiem, że muszą szukać nowych miejsc, wszak napędzają rynek, a jednak
od lat widok ich oddalających się łodzi łamie mi serce.
Odwracam się i odchodzę. Zmierzam
teraz w całkiem odwrotnym kierunku, przecinam wioskę. Po drodze widzę soczysto
zielone młode pędy traw i krzewów. Dzień mija szybciej, niż jestem w stanie
mrugnąć okiem. Słońce dawno już osiągnęło szczyt na nieboskłonie i teraz
pochyla się coraz niżej nad lasem. Tam właśnie zmierzam. Tam, w dolinie
otoczonej drzewami, płynie rzeka.
To miejsce przepełnione
samotnością.
Wszyscy to wiedzą. Każdy był tam
choć raz, ciemna sylwetka na tle drzew, znikająca w ich cieniu. Potrafię
rozpoznać tych, którzy tam byli i jedno spojrzenie wystarcza mi, by stwierdzić,
że ktoś jeszcze nigdy się tam nie zapuścił. Widzę to w ich oczach, nie umknie
mi żadne westchnienie duszy. Poniekąd im zazdroszczę, a jednak… prawda jest
taka, że trafią tam prędzej czy później.
Schodzę po zboczu usianym
drzewami. Tutaj nigdy nie sięgają promienie słońca, nawet w najjaśniejsze dni.
Słychać szum rzeki i liści.
Moja samotność zbiega tuż za mną,
potem zwalnia i klepie po plecach na powitanie. Teraz idziemy już razem. Teren
się wyrównuje, podchodzę bliżej wody. Niedaleko mnie brzeg rzeki tworzy
niewielką zatoczkę, a w niej dawno temu ktoś postawił krótki pomost. Deski są
rozmiękłe i nikt o zdrowych zmysłach na niego nie wchodzi. Do belki przywiązana
jest gruba lina, utrzymująca łódkę, równie leciwą jak pomost. Widzę długie
kosmyki glonów unoszące się pod powierzchnią. Jakże to rzewny widok. Obraz
zapomnienia.
Moja droga dobiega końca.
Zatrzymuję się tuż przy brzegu. Śledzę wzrokiem wiry tworzące się na wodzie,
gdzieniegdzie wystają kamienie. Tu, gdzie stoję, również jest ich sporo,
oczywiście dużo mniejszych. Pochylam się i wybieram kilka, idealnie gładkie,
grafitowe. Obracam je w dłoniach, chowam do kieszeni. Nie widać stąd dna, ale
jestem pewien, że pokryte jest puszystym mułem i dywanem z wodnych roślin.
Zamykam oczy. Pozwalam przemówić
przyrodzie. Huk wody, szum liści. Mlaśnięcie mułu pod moimi stopami i świergot
ptaków wysoko nad głową. Nie muszę patrzeć, by widzieć i słuchać, by słyszeć.
Czuję obejmującą mnie samotność, jej dotyk na mojej skórze.
Czy ktoś krzyknął z oddali moje
imię?
Czy to czyjeś kroki szeleszczące
na leśnej ściółce?
Gdzieś tam, za rzeką…
To woda, to woda mnie woła.
Otwieram oczy szeroko i wiem, że
nie ma odwrotu. Nabieram powietrza w płuca, tak jak wtedy, gdy byłem dzieckiem
i napędzałem statki. Wypuszczam je powoli, wszak nie będzie mi potrzebne tam,
gdzie idę.
Robię pierwszy krok wprzód. Potem
drugi. Woda jest paraliżująco zimna. Nie odszedłem jeszcze od brzegu, a prąd
już chwyta mnie za kostki. Muszę iść dalej. Dno jest miękkie i śliskie. Ledwo
udaje mi się utrzymać równowagę.
Moje członki odmówiły
posłuszeństwa. Nie mogę dłużej stawiać oporu. Nurt jest tak silny, że porwał
mnie natychmiast, uniósł kilka metrów dalej. Nie czuję ciała. Coś ciągnie mnie
w dół i coś stara wypchnąć do góry. Woda zalewa mi twarz. Kamienie w
kieszeniach, zapomniałem o tych pięknych kamieniach.
Czy to diabeł porywa mnie w swe
ramiona? Czy to szatan, demon? Jakże zimna jest droga w dół. Mógłbym przysiąc,
że Nieba nie ma, ale czy istnieje Piekło? Czy gdyby Niebo było wieczną
kontynuacją życia na Ziemi, to czyż nie oznacza to, że jest Piekłem?
Cóż, moje
byłoby nim z pewnością.
Opadam z sił i plączą się moje
myśli. Umykają szybciej, niż jestem w stanie przemyśleć to, o czym myślę! Moje
płuca się krztuszą i krew krzepnie w żyłach, ubrania i kamienie ściągają mnie w
dół. Nie widzę zupełnie nic, moje ciało znikło, ani jedno przejaśnienie nie
wskazuje, gdzie znajduje się powierzchnia.
Umieram.
Ktoś musi umrzeć, by ktoś się
narodził.
Oby nigdy nie przestał odczuwać
świata.