07 September 2012

listopad

Proszę sobie włączyć Midlake - Winter dies, The Heavy - And when I die, Agnes Obel - Riverside.
Poniższy tekst jest stary, z zeszłego listopada właśnie, a że dziś taka pogoda, to wrzucam. Oto, co wychodzi z głów ludzi, który słuchają mp3 w pociągach, wbrew pozorom wcale nie idzie się znudzić. Tak sobie myślę, że jak zwykle zwaliłam zakończenie, no ale już trudno.



Umiera zima.
Wszyscy to wiedzą.
Ktoś musi umrzeć, by ktoś się narodził.
Otwieram oczy. W pokoju jest ciemno, kontury topnieją w zimnym, szarym blasku poranka. Nie ma więcej czasu na kontemplację, puchowa kołdra nie może mnie dłużej chronić. Stawiam czoła dniu.
Gdy wychodzę przed dom, już wiem. Czuję to w kościach, powietrze inaczej pachnie. Z każdą mijającą minutą będę świadkiem, jak Ziemia wraca do życia. Jest coś podniecającego i przygnębiającego równocześnie w tym nieuniknionym procesie. Osobiście wolę śmierć lata, usychanie świata, wielomiesięczny senny trans.
Jestem wyjątkiem, jednostką. Rozglądam się, nasłuchuję. Jest na tyle wcześnie, że niewielu ludzi chodzi po uliczkach wioski. Słyszę stłumiony szum morza, wszak dzieli mnie od niego niecały kilometr. Wraz z podmuchem wiatru w powietrzu rozpływają się rozpaczliwe krzyki zziębniętych dusz. Dziś łkają po raz ostatni, oddalają się coraz bardziej, gdzieś hen daleko, by w innej części globu płakać nad swym marnym losem.
Godziny mijają leniwie, a na ulicach pojawia się coraz więcej ludzi. Idę przed siebie i wkrótce mam serdecznie dość nieustających powitań, uśmiechów, ach jaki piękny zapowiada się dzień, czyż nie? To mała osada, wszyscy się znamy. We wszystkich tych ludzi wstępuje energia, wystarczy jeden błysk słońca, by ich twarze rozpromieniły się w szerokim uśmiechu. Oczywiście, rozumiem ich radość, lecz jej nie podzielam.
Dlaczego?...
Wszak kiedyś było inaczej.
Pamiętam ten czas, gdy czułem. Naprawdę czułem otaczający świat. Poruszał mnie dogłębnie, nieskończenie, nieustannie. Każdy dźwięk, każda barwa. Każdy kolejny człowiek spotkany na mej drodze wyzwalał we mnie lawinę wrażeń. Wszystko. Pamiętam, że byłem wtedy szczęśliwy. Tak pełen energii! Zawsze wdzięczny za to, co gotował mi los i za to, co sam osiągnąłem. Nie wiem nawet, kiedy to minęło, odeszło płynnie, zastąpione pustką.
Zbliżam się do wody, coraz głośniej słychać fale rozbijające się o skalisty brzeg. Staję na krawędzi klifu i patrzę w dal. Mój wzrok jest już zbyt słaby, by w pełni podziwiać piękno tego widoku. A jednak nie muszę wcale widzieć, by wiedzieć, że już wkrótce z naszego portu zaczną odbijać statki kupców. Dziesiątki łodzi większych i mniejszych, o trzepocących na wietrze płóciennych żaglach. Z tej perspektywy będą wyglądać jak zabawki. Jako dziecko stawałem w tym samym miejscu i nabrawszy w płuca tyle powietrza, ile tylko były w stanie pomieścić, dmuchałem w dal. Cudownie było wierzyć, że to tylko i wyłącznie moja zasługa, że żagle nadymają się i napędzają statki. Patrzyłem na nie, dopóki nie znikały za horyzontem.
Zmierzałem jednak do tego, że choć Ziemia rodzi się na nowo, to nasza wioska zamienia się w wielki, bulgocący kocioł. Woda zdaje się wzbierać, burzy się, nadyma się i zapada na przemian, żyje własnym życiem. Tak samo w ludzi wstępuje energia, wydaje się, że jest ich znacznie więcej, niźli zimą, są wszędzie, rozgadani i zapracowani, lecz… W rzeczywistości znikają, tak jak woda, która paruje i w końcu kocioł zostaje pusty. Rozumiem, że muszą szukać nowych miejsc, wszak napędzają rynek, a jednak od lat widok ich oddalających się łodzi łamie mi serce.
Odwracam się i odchodzę. Zmierzam teraz w całkiem odwrotnym kierunku, przecinam wioskę. Po drodze widzę soczysto zielone młode pędy traw i krzewów. Dzień mija szybciej, niż jestem w stanie mrugnąć okiem. Słońce dawno już osiągnęło szczyt na nieboskłonie i teraz pochyla się coraz niżej nad lasem. Tam właśnie zmierzam. Tam, w dolinie otoczonej drzewami, płynie rzeka.
To miejsce przepełnione samotnością.
Wszyscy to wiedzą. Każdy był tam choć raz, ciemna sylwetka na tle drzew, znikająca w ich cieniu. Potrafię rozpoznać tych, którzy tam byli i jedno spojrzenie wystarcza mi, by stwierdzić, że ktoś jeszcze nigdy się tam nie zapuścił. Widzę to w ich oczach, nie umknie mi żadne westchnienie duszy. Poniekąd im zazdroszczę, a jednak… prawda jest taka, że trafią tam prędzej czy później.
Schodzę po zboczu usianym drzewami. Tutaj nigdy nie sięgają promienie słońca, nawet w najjaśniejsze dni. Słychać szum rzeki i liści.
Moja samotność zbiega tuż za mną, potem zwalnia i klepie po plecach na powitanie. Teraz idziemy już razem. Teren się wyrównuje, podchodzę bliżej wody. Niedaleko mnie brzeg rzeki tworzy niewielką zatoczkę, a w niej dawno temu ktoś postawił krótki pomost. Deski są rozmiękłe i nikt o zdrowych zmysłach na niego nie wchodzi. Do belki przywiązana jest gruba lina, utrzymująca łódkę, równie leciwą jak pomost. Widzę długie kosmyki glonów unoszące się pod powierzchnią. Jakże to rzewny widok. Obraz zapomnienia.
Moja droga dobiega końca. Zatrzymuję się tuż przy brzegu. Śledzę wzrokiem wiry tworzące się na wodzie, gdzieniegdzie wystają kamienie. Tu, gdzie stoję, również jest ich sporo, oczywiście dużo mniejszych. Pochylam się i wybieram kilka, idealnie gładkie, grafitowe. Obracam je w dłoniach, chowam do kieszeni. Nie widać stąd dna, ale jestem pewien, że pokryte jest puszystym mułem i dywanem z wodnych roślin.
Zamykam oczy. Pozwalam przemówić przyrodzie. Huk wody, szum liści. Mlaśnięcie mułu pod moimi stopami i świergot ptaków wysoko nad głową. Nie muszę patrzeć, by widzieć i słuchać, by słyszeć. Czuję obejmującą mnie samotność, jej dotyk na mojej skórze.
Czy ktoś krzyknął z oddali moje imię?
Czy to czyjeś kroki szeleszczące na leśnej ściółce?
Gdzieś tam, za rzeką…
To woda, to woda mnie woła.
Otwieram oczy szeroko i wiem, że nie ma odwrotu. Nabieram powietrza w płuca, tak jak wtedy, gdy byłem dzieckiem i napędzałem statki. Wypuszczam je powoli, wszak nie będzie mi potrzebne tam, gdzie idę.
Robię pierwszy krok wprzód. Potem drugi. Woda jest paraliżująco zimna. Nie odszedłem jeszcze od brzegu, a prąd już chwyta mnie za kostki. Muszę iść dalej. Dno jest miękkie i śliskie. Ledwo udaje mi się utrzymać równowagę.
Moje członki odmówiły posłuszeństwa. Nie mogę dłużej stawiać oporu. Nurt jest tak silny, że porwał mnie natychmiast, uniósł kilka metrów dalej. Nie czuję ciała. Coś ciągnie mnie w dół i coś stara wypchnąć do góry. Woda zalewa mi twarz. Kamienie w kieszeniach, zapomniałem o tych pięknych kamieniach.
Czy to diabeł porywa mnie w swe ramiona? Czy to szatan, demon? Jakże zimna jest droga w dół. Mógłbym przysiąc, że Nieba nie ma, ale czy istnieje Piekło? Czy gdyby Niebo było wieczną kontynuacją życia na Ziemi, to czyż nie oznacza to, że jest Piekłem?
     Cóż, moje byłoby nim z pewnością.
Opadam z sił i plączą się moje myśli. Umykają szybciej, niż jestem w stanie przemyśleć to, o czym myślę! Moje płuca się krztuszą i krew krzepnie w żyłach, ubrania i kamienie ściągają mnie w dół. Nie widzę zupełnie nic, moje ciało znikło, ani jedno przejaśnienie nie wskazuje, gdzie znajduje się powierzchnia.
Umieram.
Ktoś musi umrzeć, by ktoś się narodził.
Oby nigdy nie przestał odczuwać świata.

No comments:

Post a Comment