Nie wiem, od czego zacząć. Może od pobudki przed czwartą rano. Może od stania w kolejce liczącej zapewne grubo powyżej stu osób, co zajęło mi dobrą godzinę. Może od tego, że tam, w tej kolejce, o piątej nad ranem, spotkałam wykładowczynię z mojej katedry. Spotkanie kogoś znajomego w innym mieście, niż zwykle, już wydaje mi się dziwne i zaskakujące. Spotkanie kogoś o tak nieprzyzwoicie wczesnej godzinie, pośród kilku tysięcy innych ludzi, wydaje się wręcz niemożliwe. A tu proszę. Co było potem?
Zanim dotarłam do kontroli osobistej, musiałam pokazać chłopakowi kartę pokładową. Była piąta czterdzieści. Powiedział mi: "ale się pani ręce trzęsą". Z wyrzutem! (skandal) Gdyby właśnie spóźniał się na samolot i czekało go jeszcze kilkanaście godzin podróży, ciekawe czy byłby ostoją spokoju!
W Amsterdamie na lotnisku prawie się zgubiłam. To właściwie nic dziwnego. Jest pewnie większe niż niejedno miasto. W końcu jednak dotarłam do właściwej bramki, a tam niespodzianka. To znaczy, kontrola. Wśród moich szczególnie ulubionych pytań z tego etapu znalazły się: "czy pakowałaś się sama? ale NA PEWNO?" oraz "jak dojedziesz do miasta swojej siostry, skoro będziesz tam PIERWSZY RAZ?" I jeszcze wiele, wiele innych. Na część z nich musiałam odpowiadać jeszcze dwa razy w dalszych etapach podróży. Fakt, że będę musiała jechać autobusem z lotniska do innego miasta i ta niepewność, czy moja siostra będzie czekać na mnie na przystanku, były dla ochroniarza tak frapujące, że musiał się skonsultować z drugim. W końcu chyba jednak uznali, że nie jestem terrorystą. Wow.
11 godzin w samolocie. Całe szczęście było jedzenie, muzyka i filmy. Chociaż filmy doceniłam szczególnie w drodze powrotnej - dziewięciogodzinny maraton X-Menów zawsze spoko.
Na lotnisku w Portland znów jednak wszystkich nie-Amerykanów uznano za potencjalnych terrorystów i z tej okazji spędziłam jeszcze godzinę w kolejce, bo znowuż każdego przepytywali, choć już nie tak męcząco jak wcześniej. A potem jeszcze raz stałam w kolejce. I w końcu wyszłam na tę ziemie obiecaną, to cudowne El Dorado, ten wyczekiwany American Dream!
I jakie było moje zdziwienie, jak zobaczyłam Dorotę! Bo wychodziłam taka zmarnowana i ze świadomością, że będę musiała szukać autobusu, a co najgorsze, wydać na niego pięćdziesiąt dolarów. Bo nie ma to jak wybierać się w podróż za granicę i nie mieć żadnego kontaktu ze sobą, bo a) brak numeru telefonu, b) brak wifi, c) brak przesyłu danych. Gdybym przed spowiedzią u ochroniarza wiedziała, że nie będę musiała jechać autobusem, może nie musiałabym się aż tak płaszczyć.
W każdym razie, tak się zaczęła wielka przygoda! (mam nadzieję, że teraz wszyscy nucą sobie "szczotka, pasta, ciepła woda")
 |
| Księgarnia naprzeciwko American Dream Pizza <3 |
 |
| Jakiś domek. |