23 July 2017

a mind of thoughts and secrets

Well I have brittle bones it seems
I bite my tongue and I torch my dreams
Have a little voice to speak with
And a mind of thoughts and secrets

Mam głowę pełną myśli i od dawien dawna taką postać, której je opowiadam. Ta postać zmienia się w zależności od tego, na jakim etapie jestem i kogo akurat znam, bo często jest to taka postać, która ma swoje żywe odzwierciedlenie i nawet jest mi bliska, ale z racji mojej nieumiejętności wyrażania czegokolwiek poza narzekaniem na pracę/pogodę/głód/nudę/konieczność zrobienia obiadu i wszystkie inne miałkie, nic nie znaczące problemy pierwszego świata, pozostaje mi wyobrażać sobie, że potrafię powiedzieć coś bardziej na poziomie egzystencjalnym na przykład. Albo na przykład co n a p r a w d  ę  o czymś myślę. Bo to wcale nie jest taka oczywista sprawa, nie, nie. Albo, jezus maria, klękajcie narody, że ja jednak mam jakieś uczucia. No, ale to wszystko zostaje między mną, a mną. 
I to boli.
Nie polecam.

Żeby nie było, że taki tylko smutny tekścik walnęłam, pokażę zaległe zdjęcie, sesja numer 5, autor znany i lubiany, lecimy z tym koksem.


20 March 2017

splendor

Poszłam dziś na ćwiczenia po prawie trzech tygodniach przerwy i dostałam niezły wycisk. Ale było warto, hehe. Tym bardziej, że stan mojego cielska pozostawia sporo do życzenia, o mojej wydolności nie wspominając (w dalszym ciągu potrafię się zasapać przy wchodzeniu na piąte piętro jednym ciągiem, no więc trochę żal). W każdym razie liczę na to, że wraz z przeprowadzką i wspólnym mieszkaniem zdobędę się (i nie tylko ja) na regularne treningi. 

A tymczasem pokażę moją chyba jak dotąd ulubioną sesję... albo nie, w sumie nie. Ale część tej sesji to mój absolutny faworyt. No i tu mi makijaż wyszedł już całkiem zacnie, więc duma mnie rozpiera jak nie wiem co. Swoją drogą czaję się na kupno nowych pędzelków, ale koszt koszyka tak szybko rośnie, że (jak zawsze) myślę sobie, że poczekam do wypłaty. Chociaż to przecież wiele nie zmieni. 


12 March 2017

winter's going

Ten tytuł to raczej pobożne życzenie, bo zima ni cholery nie chce sobie pójść. Nie wiem, jakoś w tym roku wyjątkowo słabo znoszę zimę, chociaż przecież to w sumie moja ulubiona pora roku. Znacznie lepiej znosiłam zimy w takim Olsztynie, gdzie zdarzały się góry śniegu i temperatury dochodzące do -20 stopni. I jakoś nie marzłam tak strasznie, i miałam się w co ubrać. No ja nie wiem. A w tym roku jest mi non stop zimno. Może to wynikać z tego, że chodzę dalej w tej samej kurtce, w której chodziłam ze 4 lata temu i zwyczajnie już mi się zbadziała. Bo ile ten puch może grzać, no nie? Szczególnie, że połowa już wylazła. Inna rzecz, że całą zimę spędziłam w biurze, w którym nie działają grzejniki, w związku z czym było mi zimno w drodze do pracy, w pracy, w drodze powrotnej i potem jeszcze w domu. W takiej sytuacji moja niechęć do tegorocznej zimy chyba staje się nieco bardziej uzasadniona. Co do niedziałających grzejników w pracy, podobno nie działają już od paru lat. A do tego przy próbie zrobienia czegoś z tym fantem, ostatecznie jakoś miesiąc temu nam obwieszczono, że nic się nie da zrobić i spróbują rozwiązać problem po okresie grzewczym. Także no. Bez komentarza.

W każdym razie próbuję dłubać ten tekst do publikacji, ale czuję się trochę, jakbym każde słowo wykrwawiała. Większość tego, co napisałam, przypomina na razie kompletnie wyrwane z kontekstu notatki, nie mówiąc o tym, że połowa pozbawiona jest przypisów i uzupełnienie tego też będzie wyzwaniem. Ale te bazgroły zajmują już pół strony, więc jeszcze trochę tekstu, przypisy i może, może! uda mi się dobić do wymaganej objętości. 

No i skoro o zimie mowa, to pokażę kolejne zdjęcia wykonane ze Stanisławem, na które pobiegliśmy, by skorzystać z rzadkiej ostatnimi czasy okazji na uwiecznienie śniegu. 
Swoją drogą myślałam, że zrobiłam sobie ładny makijaż, ale jak zobaczyłam go na zdjęciach, to uznałam, że jednak nie za bardzo. No, ale człowiek uczy się na błędach.

06 March 2017

jak zostać muzą

Ech, otóż tak się złożyło, że ponownie musiałam (a właściwie muszę - bo to dopiero początek) zagłębić się w naukowe, ciężkie i niejednokrotnie wyjątkowo mało przejrzyste artykuły dotyczące jądra półleżącego. Dodatkowo jestem chora i po jednym dniu z wysoką gorączką chyba i tak coś mnie jeszcze trzyma (aczkolwiek dzisiejsze 36,8 to się w ogóle nie powinno liczyć jako podwyższona temperatura. No, ale może jednak się liczy, bo właśnie po wzięciu ibupromu zaczęłam się topić). Tak czy siak, męczę się nad tymi publikacjami niesłychanie - bardzo ciężko jest wrócić do tego po tak długiej przerwie. Wszystko od nowa. W związku z tym, w ramach jakiegoś zaktywowania mózgu do pisania z sensem, postanowiłam właśnie machnąć tego posta. Chociaż on może za wiele akurat myślenia ode mnie nie wymaga. Nie ważne.

Warto chyba jednak wspomnieć w końcu o mojej - jak się teraz okazuje - niemal już stałej współpracy, którą rozpoczęłam pod koniec grudnia 2016r. Otóż wtedy właśnie napisał do mnie Stanisław, zapraszając na zdjęcia. Tak naprawdę nie był to pierwszy raz, jak się spotkaliśmy w tym celu, ale pierwszy pominę milczeniem, bo to było dawno i nieprawda, i nic wtedy niestety z tego nie wyszło. Albo stety. Teraz za to wychodzą nam całkiem fajne rzeczy.

No, także poniżej efekty sesji nr 1. Makijaż mojego autorstwa (jak zresztą wszystkie następne, chyba nabieram wprawy!). No, to miłego!


22 February 2017

sisters before misters

Spędziłyśmy jeden dzień (i jakąś część innego) na zrobienie z Dorotą paru zdjęć. Trzeba przyznać, że to, hehe, ciężka współpraca, bo Dorota nie lubi fotografii modelkowej, a do tego przy szarudze i deszczu za oknem, i kompletnie słabym rozmieszczeniu lamp w mieszkaniu ciężko uzyskać zadowalające efekty. Wtedy już chyba byłam po otrzymaniu wspaniałych paletek z Too Faced, ale makijaż wyszedł mi mocno średnio, więc na domiar złego wyglądałam trochę jak panda. Ewentualnie jak na haju. No, ale coś tam wyszło. W dodatku, jak to często bywa, najlepsze zdjęcia wyszły całkiem przypadkiem. Przy drugim, ekspresowym foceniu nie miałam prawie w ogóle makijażu, bo w sumie nie było czasu, bo by się światło skończyło.

18 February 2017

I went to Oregon twice - it rained!

W 2016 roku przypadło mi do wykorzystania 10 dni urlopu i w zasadzie nie byłam pewna, jak to z tym urlopem jest, toteż uznałam, że no lepiej wziąć, niż nie wziąć, no nie? A co bym robiła zimą w domu przez 2 tygodnie? Przecież by szło oszaleć z nudów! Tym bardziej, że pogoda była mało zachęcająca do życia. I tak też narodził się szalony plan (no jednak to szaleństwo mnie nie opuszcza), by wybrać się do Corvallis. Kosztowało to oczywiście wszystko, co zarobiłam do tego czasu (no, z tą pensją to i życie na sucharkach - choć ostatnio kolega z pracy wykłócał się, że sucharki są drogie - nie jest najłatwiejsze!), ale hej, ile razy ma się okazję, by odwiedzić kogoś w JU ES EJ? No, dobra, ja miałam już drugą, hehe. Ale w tym roku raczej się nie uda, a dalej moja wyobraźnia nie sięga, także no.

12 February 2017

wrzesień

Wcześniej, we wrześniu 2016 (gubię się w czasie, czas mi przepływa przez palce i moja nihilistyczna natura trochę płacze z tego powodu, ale zmusza też do dokładniejszego umiejscawiania zdarzeń), miałam przyjemność spotkać się po raz kolejny z Tomaszem Kołeckim, z którym zrealizowaliśmy dwie bardzo fajne sesje. Na pełne efekty pierwszej wciąż czekam, ale drugą mogę zaprezentować. Zdjęcia zrealizowaliśmy w Kolibkach w Gdyni.


early winter

Okej, może czas na jakieś odświeżenie. W listopadzie bodajże, gdy jeszcze zima nie była zbyt zdecydowana, czy przychodzić, czy nie, wybrałam się na ekspresową sesyjkę do Anny - Blanka Art. Miałam dość długą przerwę od pozowania, toteż w sumie fajerwerków nie ma, ale ostatecznie nie o to zawsze musi chodzić. Zdjęcia wyszły delikatne, dziewczęce i w sam raz na nadchodzącą zimę. I wyglądam jak dzidzia na nich #foreveryoung