Pobudka 5 rano. O godzinie 5.20 zamierzam robić makijaż, ale na ścianie zauważam gigantycznych rozmiarów pająka i mój spokój ducha zostaje zakłócony. Nie polecam wstawać nocą. Lepiej nie wiedzieć, co mieszka w naszym pokoju. Nie uświadczyłam kawy ani śniadania, bo o 5.40 musiałam iść na autobus. Bez sensu, bo choć informowali, że należy być przynajmniej 10 minut przed odjazdem autokaru, on sam raczył podjechać na stanowisko dopiero po 6, więc mogłam się tak nie spieszyć. Oczywiście nie potrafię spać w drodze, nawet hibernowanie mi nie szło, bo usiadłam po złej stronie autobusu i całą drogę słońce waliło mi po gałach. O 9.35 w Warszawie było już milion stopni, a miało być jeszcze gorzej. Obeszłam dworzec i labirynty jakieś pięćdziesiąt razy, nim znalazłam szafki, gdzie można przechować rzeczy. Osiem złotych. Ambasada powinna zwracać kasę za całe to, nie przymierzając, pierdolenie, żeby do nich wejść (zakaz wnoszenia mp3 to serio przegięcie). W każdym razie kolejne cenne pieniądze wydawałam na syrop na kaszel i bilety. Oczywiście jak na osobę pokładającą wiarę w swoją orientację w terenie i umiejętność czytania map, patrzyłam na proponowane trasy dojazdu do konsulatu spod dworca i uważałam, że pójdzie jak z płatka. Wyobrażenia vs rzeczywistość niestety przegrały z kretesem. Miałam być na 10.45. O 10.30 biegałam po schodach w jedną i drugą stronę, zmieniając trzy razy tramwajowe przystanki, przy, przypominam, trzydziestu stopniach. No bo przecież jaki normalny człowiek wpadnie na to, że przystanków o nazwie "Dworzec Centralny" może być więcej niż jeden? O 10.45 doczekałam się w końcu autobusu i o 10.50 stanęłam u bram wroga. Jak w końcu trafiłam tam, gdzie miałam trafić, to na wyświetlaczu był numer około 110. Ja dostałam numerek 186. I uznałam, że nie wyjdę stąd przez najbliższe cztery godziny. Na szczęście zeszło jednak szybciej. Całe szczęście, bo umarłabym z głodu, nudy i słuchania po raz setny wyświetlanych na telewizorach filmików o tym, jaka ta ambasada wspaniała, jaka Ameryka piękna i jak to Abraham Morales opowiada o swoich przygodach w wojsku. Szkoda, że nie wyświetlają informacji o tym, że w zeszłym roku z ich powodu wzrósł procent nieudzielania Polakom wiz - no bo przecież wszyscy tu marzą o nielegalnej emigracji. Tak czy inaczej, tego dnia mieli chyba jednak dobry dzień, bo jak patrzyłam na te 50 osób przede mną, to większość odchodziła zadowolona. No i w końcu ja! Byłam przygotowana na opowiadanie bajek, machanie im przed nosem dokumentami uwierzytelniającymi i generalnie wielkie płaszczenie, a tu się okazało, że wystarczyło odpowiedzieć na trzy pytania i... bach, wiza będzie za kilka dni!
Postanowiłam wrócić na dworzec z buta. Prawie się przy tym zgubiłam, znowu. No, ale jak na osobę doświadczoną w biegach na orientację, postanowiłam kierować się wysokością słońca na niebie, patrzeć z której strony mech rośnie na drzewach i przede wszystkim, zwracać uwagę na charakterystyczne elementy terenu, takie jak niecki, strumienie i...

Tak. Trafiłam więc w końcu, zabrałam torbę z szafki i nadszedł czas, by coś zjeść. Tu stanęłam przed kolejnym poważnym problemem, a mianowicie: jak nazywa się ulica na starówce (i czy to ogóle nazywa się starówka? W jakichś miastach nie mówi się starówka i wolałam nikogo nie pytać, bo jeszcze by mnie zlinczowali) i jak tam dojechać. Na dworcu powinni mieć jakieś rozpiski linii autobusowych, a nie, że trzeba najpierw przebiec te nieskończone kilometry, żeby się potem okazało, że się wyszło po zupełnie złej stronie. W Gdańsku te przystanki to chociaż w kupie stoją, a nie... No ale trafiłam. Jakbym wtedy wiedziała, jak wygląda stan mojego konta, to pewnie zadowoliłabym się kanapką. Cóż. Swoją drogą okazało się, że to wcale nie było tak daleko od Pałacu Kultury, więc mając godzinę wróciłam z buta. Potem wciąż miałam z pół godziny i uznałam, że może pójdę oddać krew (daliby mi wodę i czekoladę), ale jak weszłam do autobusu i zobaczyłam tych leżących ludzi to mi się odechciało, a w dodatku kolejka była, więc wolałam nie ryzykować, że po tylu godzinach czekania spóźnię się na autobus powrotny.
Na pewno moi drodzy czytelnicy są ciekawi, co stało się z pająkiem widzianym o 5 rano? Otóż ja również byłam ciekawa i nie dawało mi to spokoju cały dzień. Można powiedzieć, że na szczęście, nigdzie się nie schował. Jak mówią, przyjaciół miej blisko, a wrogów jeszcze bliżej. W przypadku pająków należy wiedzieć, gdzie są, to ułatwia ich eliminację. Albo ja, albo oni. Okazało się, że uwił sobie gniazdko w rogu sufitu. I tu wkroczyłam ja z odkurzaczem. A później wszystkie moje współlokatorki, bo uznałam, że ten gnój jest za duży żeby podchodzić do niego samotnie.
Harmonia mojego pokoju odzyskana.