06 October 2014

Portland

Problem z Portland jest jeden - jest daleko. A bilety są drogie. A autobusami jeżdżą dziwni ludzie.
Jednak gdy już pokona się te trudności, można w końcu zaznać miasta. Z tramwajami, szklanymi budynkami, World Trade Center, jarmarkiem  (włącznie z opływającymi tłuszczem polskimi pierogami i kiełbasą) i oczywiście - bezdomnymi. Ze sklepami, kawiarniami, Voodoo Doughnuts (the magic is in the hole!) i organiczną mydlarnią.

Voodoo Donuts

Graciarnia

04 October 2014

Newport

Dwa razy pojechałyśmy nad ocean, a ściśle - do Newport. Trzeba było wstać około ósmej, co po okresie jet-lagu było nie lada wyzwaniem! Ale z pewnością było tego warte. Autobusem do Newport, w przeciwieństwie do Portland, nie jechało nawet tylu wykrętów. A pan kierowca był z Islandii.
W każdym razie nasza pierwsza wycieczka tam była bardzo owocna w zdjęcia, a to ze względu na niesamowitą pogodę - przynajmniej część dnia. Po południu wiatr urywał nam dupy i z niejaką ulgą wróciłyśmy do trzydziestostopniowego Corvallis.
Oczywiście najlepszą rzeczą w Newport jest ocean i plaża. Poza tym... Tuż nad naszymi głowami przeleciał na przykład turkey vulture, co się tłumaczy jako sępik różowogłowy. Za drugim razem, gdy byłyśmy w Newport, wybrałyśmy się do Oceanarium i tam właśnie takie mieli. I mówiłam, że to na pewno jakiś sępowaty, a Dorota mi nie wierzyła. W każdym razie wyczytałam wtedy, że te urocze ptaszki sikają na swoje nogi, żeby zabić bakterie, które się na nich gnieżdżą po buszowaniu w padlinie, na głowie też mają pełno bakterii, bo się maziają we flakach, a ich kwasy żołądkowe z powodzeniem rozpuściłyby małe dziecko. Czy coś w ten deseń. Oczywiście tego ostatniego nie napisali.
Na pewno zastanawiacie się, co można jeść w mieście portowym żyjącym z połowu ryb i owoców morza. Odpowiedź jest prosta - tajskie żarcie. Z zupełnie niezrozumiałych dla nas powodów, portowe miasta w USA wcale nie oferują knajp z rybami. Było chyba jedno miejsce, gdzie można było kupic ryby i kosztowały fortunę. No cóż!
Z innych atrakcji był super wielki most łączący dwie części miasta, plaża tak zamglona, że nie było widać nic poza nią, latarnia morska połączona z domem - jedyna z czterech, jakie były kiedyś wybudowane na wybrzeżu Oregonu. Powstała chyba koło 1860 roku, a używano jej tylko w latach 1870-73, czy coś takiego. Zastanawiające, że Amerykanie, którzy nie mają prawie żadnych zabytków, tak sobie to olali. No cóż!
A z pozostałych atrakcji, to okazało się, że do Newport przypływają lwy morskie z Kalifornii. I jeszcze widziałyśmy poławianie raków, hoho.

Radość z oceanu :)

03 October 2014

Corvallis

Nie wiem, od czego zacząć. Może od pobudki przed czwartą rano. Może od stania w kolejce liczącej zapewne grubo powyżej stu osób, co zajęło mi dobrą godzinę. Może od tego, że tam, w tej kolejce, o piątej nad ranem, spotkałam wykładowczynię z mojej katedry. Spotkanie kogoś znajomego w innym mieście, niż zwykle, już wydaje mi się dziwne i zaskakujące. Spotkanie kogoś o tak nieprzyzwoicie wczesnej godzinie, pośród kilku tysięcy innych ludzi, wydaje się wręcz niemożliwe. A tu proszę. Co było potem?
Zanim dotarłam do kontroli osobistej, musiałam pokazać chłopakowi kartę pokładową. Była piąta czterdzieści. Powiedział mi: "ale się pani ręce trzęsą". Z wyrzutem! (skandal) Gdyby właśnie spóźniał się na samolot i czekało go jeszcze kilkanaście godzin podróży, ciekawe czy byłby ostoją spokoju!
W Amsterdamie na lotnisku prawie się zgubiłam. To właściwie nic dziwnego. Jest pewnie większe niż niejedno miasto. W końcu jednak dotarłam do właściwej bramki, a tam niespodzianka. To znaczy, kontrola. Wśród moich szczególnie ulubionych pytań z tego etapu znalazły się: "czy pakowałaś się sama? ale NA PEWNO?" oraz "jak dojedziesz do miasta swojej siostry, skoro będziesz tam PIERWSZY RAZ?" I jeszcze wiele, wiele innych. Na część z nich musiałam odpowiadać jeszcze dwa razy w dalszych etapach podróży. Fakt, że będę musiała jechać autobusem z lotniska do innego miasta i ta niepewność, czy moja siostra będzie czekać na mnie na przystanku, były dla ochroniarza tak frapujące, że musiał się skonsultować z drugim. W końcu chyba jednak uznali, że nie jestem terrorystą. Wow.
11 godzin w samolocie. Całe szczęście było jedzenie, muzyka i filmy. Chociaż filmy doceniłam szczególnie w drodze powrotnej - dziewięciogodzinny maraton X-Menów zawsze spoko.
Na lotnisku w Portland znów jednak wszystkich nie-Amerykanów uznano za potencjalnych terrorystów i z tej okazji spędziłam jeszcze godzinę w kolejce, bo znowuż każdego przepytywali, choć już nie tak męcząco jak wcześniej. A potem jeszcze raz stałam w kolejce. I  w końcu wyszłam na tę ziemie obiecaną, to cudowne El Dorado, ten wyczekiwany American Dream!
I jakie było moje zdziwienie, jak zobaczyłam Dorotę! Bo wychodziłam taka zmarnowana i ze świadomością, że będę musiała szukać autobusu, a co najgorsze, wydać na niego pięćdziesiąt dolarów. Bo nie ma to jak wybierać się w podróż za granicę i nie mieć żadnego kontaktu ze sobą, bo a) brak numeru telefonu, b) brak wifi, c) brak przesyłu danych. Gdybym przed spowiedzią u ochroniarza wiedziała, że nie będę musiała jechać autobusem, może nie musiałabym się aż tak płaszczyć.
W każdym razie, tak się zaczęła wielka przygoda! (mam nadzieję, że teraz wszyscy nucą sobie "szczotka, pasta, ciepła woda")

Księgarnia naprzeciwko American Dream Pizza <3

Jakiś domek.

29 September 2014

From Eden

Pierwsza sesja (jak zwykle wpadłam na spontana) po powrocie do Gdańska w wakacje. Trochę inaczej, niż dotychczas, dla odmiany nie w kwiatkach, ale wciąż w koronkach. Wciąż czekam, więc tylko sneak peek.




lovelovelove



Szczecin II

Moje i Karoliny zabawy w Szczecinie :)

spontany

Dwa zaległe, spontaniczne spotkania z Darią w Gdańsku. 

Maj




23 July 2014

Kraków

Biorąc pod uwagę moje opóźnienie ze zdjęciami, te są niemal jak świeżynki. Do Krakowa wybrałam się na długi majowy weekend i sądziłam, że przywiozę z niego więcej zdjęć, ale tyle może jednak starczy.

Postanowiłam zrobić zdjęcie, więc nikt nie współpracował.




Pierwszy kebab Pauliny, w mieście kebabów. Gratulujemy!




Helsinki

Dziś jest ten wielki dzień, w którym wywołałam kliszę. Pierwsze zdjęcia są z listopada zeszłego roku, więc jest co nadrabiać. Na pierwszy ogień święta w Helsinkach, gdzie nie było ani krzty śniegu, niebo wisiało tuż nad czteropiętrowymi blokami, a słońce przez dwa tygodnie przebiło się tylko raz. To był też zapewne pierwszy i ostatni raz, jak przebrałam się za Mikołaja, pukałam do drzwi z prowizorycznym worem prezentów, a potem uciekałam przez osiedle w deszczu i błocie. Niefortunnie nie ukryłam włosów pod czapką i moje przebranie prawie zostało przejrzane. Wielka szkoda, w każdym razie, że nie mam zdjęcia w tym przebraniu, bo w końcu ile razy zostaje się Mikołajem?












03 June 2014

dieta cud

Myślałam, że wraz z nowym miesiącem mój traumatyczny tydzień zatytułowany "nie mam pieniędzy" odejdzie w niepamięć, a ja znów rzucę się w wir stołówkowych obiadków i kupowania trzy razy w tygodniu zestawów pokroju czekolada+ciastka+batonik na drogę ze sklepu do domu. Otóż już w tej chwili stwierdzam, że to niestety nie przejdzie. Po zapłaceniu rachunku i dwóch wyjściach na zakupy znów stanęłam w obliczu mocno ograniczonych środków i zapewne przez kolejne tygodnie będę nieustannie narzekać. Bo akurat jak mnie na to nie stać, to w kinie jest wysyp, naprawdę wysyp filmów, które chcę zobaczyć. Na które, do diabła ciężkiego, czekałam od kilku miesięcy. Biednemu zawsze piach w oczy, ot co.
Nawiązując do tytułu, przeżycie tygodnia za trzydzieści złotych dobrze działa na figurę, polecam, Paulina. W związku z ostatnim kryzysem "jestem gruba" zaczęłam znów liczyć kalorie i ogólnie to nietrudno zauważyć, że po wyeliminowaniu tego tysiąca, który zwykle pochłaniam ze słodyczami, niewiele ich zostaje, eheh. Rekord tygodnia ustanowił dzień trzeci z 580kcal. Nie umarłam z głodu, jak można by się spodziewać. Za to dostarczyłam rozrywki, zadając kluczowe pytanie: jak gotuje się marchewkę? Oczywiście później zrobiłam dokładniejszy wywiad w internecie i okazało się, że to co miałam na myśli, zwie się fachowo marchewką zasmażaną, do której potrzebna jest mąka. Mąki niestety nie posiadam, więc na przyszłość muszę obejść się smakiem.
Na koniec powiem, że zaczął się okres rozglądania za nowym mieszkaniem i już mi ręce i cycki, i generalnie wszystko co może, opada, jak czytam niektóre ogłoszenia i patrzę na oferowane pokoje. Chryste. Cały czas mnie zaskakuje, jaki ludzie mają tupet.

25 May 2014

three wishes

Jestem tłusta, nikt mnie nie rozumie i mam 4 złote na koncie. Nie mam ubrań na trzydziestostopniowe upały i nie mam weny do zaliczeń i innych przyjemności, jakie oferuje moja uczelnia. Nie mam postępów w pracy magisterskiej i okazuje się, że jej wybór przegrał moje życie.


24 May 2014

Warszawa vol 2

Pobudka 5 rano. O godzinie 5.20 zamierzam robić makijaż, ale na ścianie zauważam gigantycznych rozmiarów pająka i mój spokój ducha zostaje zakłócony. Nie polecam wstawać nocą. Lepiej nie wiedzieć, co mieszka w naszym pokoju. Nie uświadczyłam kawy ani śniadania, bo o 5.40 musiałam iść na autobus. Bez sensu, bo choć informowali, że należy być przynajmniej 10 minut przed odjazdem autokaru, on sam raczył podjechać na stanowisko dopiero po 6, więc mogłam się tak nie spieszyć. Oczywiście nie potrafię spać w drodze, nawet hibernowanie mi nie szło, bo usiadłam po złej stronie autobusu i całą drogę słońce waliło mi po gałach. O 9.35 w Warszawie było już milion stopni, a miało być jeszcze gorzej. Obeszłam dworzec i labirynty jakieś pięćdziesiąt razy, nim znalazłam szafki, gdzie można przechować rzeczy. Osiem złotych. Ambasada powinna zwracać kasę za całe to, nie przymierzając, pierdolenie, żeby do nich wejść (zakaz wnoszenia mp3 to serio przegięcie). W każdym razie kolejne cenne pieniądze wydawałam na syrop na kaszel i bilety. Oczywiście jak na osobę pokładającą wiarę w swoją orientację w terenie i umiejętność czytania map, patrzyłam na proponowane trasy dojazdu do konsulatu spod dworca i uważałam, że pójdzie jak z płatka. Wyobrażenia vs rzeczywistość niestety przegrały z kretesem. Miałam być na 10.45. O 10.30 biegałam po schodach w jedną i drugą stronę, zmieniając trzy razy tramwajowe przystanki, przy, przypominam, trzydziestu stopniach. No bo przecież jaki normalny człowiek wpadnie na to, że przystanków o nazwie "Dworzec Centralny" może być więcej niż jeden? O 10.45 doczekałam się w końcu autobusu i o 10.50 stanęłam u bram wroga. Jak w końcu trafiłam tam, gdzie miałam trafić, to na wyświetlaczu był numer około 110. Ja dostałam numerek 186. I uznałam, że nie wyjdę stąd przez najbliższe cztery godziny. Na szczęście zeszło jednak szybciej. Całe szczęście, bo umarłabym z głodu, nudy i słuchania po raz setny wyświetlanych na telewizorach filmików o tym, jaka ta ambasada wspaniała, jaka Ameryka piękna i jak to Abraham Morales opowiada o swoich przygodach w wojsku. Szkoda, że nie wyświetlają informacji o tym, że w zeszłym roku z ich powodu wzrósł procent nieudzielania Polakom wiz - no bo przecież wszyscy tu marzą o nielegalnej emigracji. Tak czy inaczej, tego dnia mieli chyba jednak dobry dzień, bo jak patrzyłam na te 50 osób przede mną, to większość odchodziła zadowolona. No i w końcu ja! Byłam przygotowana na opowiadanie bajek, machanie im przed nosem dokumentami uwierzytelniającymi i generalnie wielkie płaszczenie, a tu się okazało, że wystarczyło odpowiedzieć na trzy pytania i... bach, wiza będzie za kilka dni!
Postanowiłam wrócić na dworzec z buta. Prawie się przy tym zgubiłam, znowu. No, ale jak na osobę doświadczoną w biegach na orientację, postanowiłam kierować się wysokością słońca na niebie, patrzeć z której strony mech rośnie na drzewach i przede wszystkim, zwracać uwagę na charakterystyczne elementy terenu, takie jak niecki, strumienie i...


Tak. Trafiłam więc w końcu, zabrałam torbę z szafki i nadszedł czas, by coś zjeść. Tu stanęłam przed kolejnym poważnym problemem, a mianowicie: jak nazywa się ulica na starówce (i czy to ogóle nazywa się starówka? W jakichś miastach nie mówi się starówka i wolałam nikogo nie pytać, bo jeszcze by mnie zlinczowali) i jak tam dojechać. Na dworcu powinni mieć jakieś rozpiski linii autobusowych, a nie, że trzeba najpierw przebiec te nieskończone kilometry, żeby się potem okazało, że się wyszło po zupełnie złej stronie. W Gdańsku te przystanki to chociaż w kupie stoją, a nie... No ale trafiłam. Jakbym wtedy wiedziała, jak wygląda stan mojego konta, to pewnie zadowoliłabym się kanapką. Cóż. Swoją drogą okazało się, że to wcale nie było tak daleko od Pałacu Kultury, więc mając godzinę wróciłam z buta. Potem wciąż miałam z pół godziny i uznałam, że może pójdę oddać krew (daliby mi wodę i czekoladę), ale jak weszłam do autobusu i zobaczyłam tych leżących ludzi to mi się odechciało, a w dodatku kolejka była, więc wolałam nie ryzykować, że po tylu godzinach czekania spóźnię się na autobus powrotny.
Na pewno moi drodzy czytelnicy są ciekawi, co stało się z pająkiem widzianym o 5 rano? Otóż ja również byłam ciekawa i nie dawało mi to spokoju cały dzień. Można powiedzieć, że na szczęście, nigdzie się nie schował. Jak mówią, przyjaciół miej blisko, a wrogów jeszcze bliżej. W przypadku pająków należy wiedzieć, gdzie są, to ułatwia ich eliminację. Albo ja, albo oni. Okazało się, że uwił sobie gniazdko w rogu sufitu. I tu wkroczyłam ja z odkurzaczem. A później wszystkie moje współlokatorki, bo uznałam, że ten gnój jest za duży żeby podchodzić do niego samotnie.
Harmonia mojego pokoju odzyskana.

13 April 2014

fireflies danced in her hair

Her siren song seeps slowly into my head as I drew her close to my lips, and as they gently touched I felt a terrible rush, as the life was crushed right from my heart... Ach! Zakochałam się w niej, to pewnie ta syrena jakiś czar rzuciła.
A przy tym wielka mnie złapała wczoraj wena i piszę, i och, lekką ręką poszło mi z 11 stron, choć przyznać muszę, że nie wszystko było całkiem moje, ale... Ale poniekąd moje. W ogóle weny ostatnio mam dużo, tylko nie do tego, do czego powinnam ją mieć. Zamiast tego mogłabym robić rozliczne sprawozdania i przygotowywać seminaria, ale jak zaczęłam, to nie mogłam się oderwać.
W każdym razie święta za pasem, trzeba zrobić jeszcze parę brzuszków, żeby móc potem spokojnie tyć.
Z racji też zbliżającego się weekendu majowego, rozpoczęłam akcję "przygarnij mnie na zdjęcia", która mam nadzieję, odniesie pożądany skutek. Cóż, czekam! Tak samo jak czekam na mojego wyśnionego przez Dorotę mężczyznę marzeń,  który ma przybyć na koniu, albo chociaż na tym koniu zabrać mnie na plażę, gdzie będziemy razem śpiewać piosenki. Tak. Znam jego dane i wygląd. Oczywiście, jest z drugiego końca świata. Czemu mnie to nie dziwi? Anyway, come at me, bro!


04 April 2014

Warszafka

Okej, więc jeśli chodzi o mój spektakularny podbój stolicy, to niestety wyszło słabo. Aczkolwiek to, co wyszło, okazało się bardzo udane. W dwa dni obskoczyłam Łódź i Warszawę - zadziwiające, ile człowiek jest w stanie zrobić, jak wstanie o tej nieszczęsnej szóstej rano. W Łodzi przyczyniłam się do powstania projektu o graczach pbf, och, tyle wspomnień! Następny dzień w Warszawie był szary i marny w porównaniu z sobotą, którą spędziłam głównie w podróży, ale i tak udało nam się zrobić całkiem udane zdjęcia. Plus - jeść pizzę na obiad dwa dni pod rząd!

Zdjęcia: Marta Machej
Wizaż: Zuza J.
Pomagali Olga i Daniel







05 March 2014

same circle anyway

Och, wieje nudą, co? I nie mam tu na myśli tylko bloga, ale w związku z tym konkretnym przypadkiem postanowiłam trochę poględzić i wrzucić jakieś zdjęcia, które oglądam sobie co jakiś czas, bo zapominam, że w ogóle takie robiłam. Z ciekawszych faktów ostatnich dni: jestem na piątym dniu szóstki Weidera, odwiedziłam puste Giżycko, a reszta czasu schodzi na czekaniu. Czekaniu na nadchodzące podróże chociażby. Jak mówi najwspanialsza Karen Elson w nowej kampanii Louisa Vuittona (polecam obejrzeć, choć jest jej tam zdecydowanie za mało):
Getting there was not as important as experience of going. To travel it to live! Wprawdzie w przeciwieństwie do niej nie wybieram się na safari, ani w Himalaje, ani w żadne egzotyczne miejsce. Chociaż z racji nikłej znajomości stolycy można by ją uznać za egzotyczną.

Więcej grzechów nie pamiętam.

Nie wiem, o co tu chodziło. Musiałam mieć coś nie tak z nogą, ale nie widać tego na zdjęciu.

To znalazłam, gdy szukałam tego, czego nie mogłam znaleźć, dopóki nie przemogłam się i nie spytałam o drogę.

przed deszczem

w trakcie ulewy
Mój Miś, jak był mały.

Mój duży Miś. Rozważania egzystencjalne: wyskoczyć, czy nie wyskakiwać?

A w Giżycku było zimno i wiało. Prognoza pogody pokazywała, że będzie 7 stopni i średniozachmurzone niebo. W rzeczywistości było zachmurzone w 100%, do tego mgła, wiatr i 2 stopnie. Jakże się cieszyłam, że jednak nie wybrałam lżejszego płaszcza i zabrałam moje wspaniałe nauszniki. Zdjęcia robiła Monika, a potem zabrała na kawę.