Dziś jest ten wielki dzień, w którym wywołałam kliszę. Pierwsze zdjęcia są z listopada zeszłego roku, więc jest co nadrabiać. Na pierwszy ogień święta w Helsinkach, gdzie nie było ani krzty śniegu, niebo wisiało tuż nad czteropiętrowymi blokami, a słońce przez dwa tygodnie przebiło się tylko raz. To był też zapewne pierwszy i ostatni raz, jak przebrałam się za Mikołaja, pukałam do drzwi z prowizorycznym worem prezentów, a potem uciekałam przez osiedle w deszczu i błocie. Niefortunnie nie ukryłam włosów pod czapką i moje przebranie prawie zostało przejrzane. Wielka szkoda, w każdym razie, że nie mam zdjęcia w tym przebraniu, bo w końcu ile razy zostaje się Mikołajem?