28 August 2015

Dolomity

Nie mam szczególnych chęci ani weny do pisania, więc pokażę zdjęcia, które powinny mówić same za siebie, jeśli chodzi o Dolomity.



To akurat część pierwsza wycieczki, okolice bliższe Bergamo, niż górom. Hotel zrobiony w starych murach, upał ponad 30 stopni i wilgotność milion, ascetyczny pokój i chudy, rudy kot.

25 June 2015

nie śpię, bo trzymam kredens

D. dziś zapytała, czy coś ostatnio wrzucałam na bloga, albo pisałam. He he. Hehehehe. He. Jak widać, na blogu dawno nic nie pisałam. Natomiast od dłuższego czasu piszę pracę mgr. Piszę i piszę, i piszę, i piszę...
Generalnie już dość dawno doszłam do wniosku, że mimo tego, że ja się zawsze spieszę, to ostatecznie kończę spóźniona. Wiecie, tak życiowo spóźniona generalnie. I tak oto, choć napisaną pracę wysłałam do weryfikacji pod koniec maja, optymistycznie zakładając, że gdzieś do połowy czerwca będzie zaakceptowana, to niestety, kolejny raz będę spóźniona.
Obrona miała być 30 czerwca. Ostatni możliwy termin. Trzeba było złożyć dokumenty do 23. Jeszcze 22 wierzyłam, że to się uda. Potem się okazało, że B. pogadała i przesunęła mi o dzień. 23 spędziłam na poprawkach czas od 9.00 do 15.00. Poprzedniej nocy poprawiałam do 3.00, na 9.00 byłam na uczelni. Na jednej kawie.
B. pyta: czemu się tak pan ręce trzęsą?! No jak to czemu, jak to czemu! B. pyta: a śniadanie pani jadła? Nie jadłam. No to ja pani może dam bułkę. Bo jeszcze pani padnie, praca nie jest tego warta! Nie, spoko, dam radę. 2h później B. mówi, dam pani jednak tę bułkę. O, i kabanosa.
Jednak dobrze, bo obiad zjadłam dopiero po 17.00. I to chyba była ostatnia rzecz, którą jadłam do 4.30 dnia 24. Myślałam sobie, spoko, już prawie skończyłam, do północy ogarniemy. O północy pierwsze poprawki, o 2.00 kolejne, o 3.00 kolejne. O 4.30 wysłałam, zdając sobie sprawę, że nie mam już pojęcia, co ja tam porobiłam. Patrzę na światło zza rolety i sobie myślę, o kurczę, to chyba zorza! Bo wcześniej ktoś mi mówił, albo wysyłał informacje, że tej nocy będzie zorzę widać w Polsce. Ale się zorientowałam, że nie, to nie zorza, to po prostu robi się jasno. Od 8.30 już nie spałam, bo cała w nerwach czekałam na mejla odnośnie poprawek. O 9.00 dzwoni B., więc zrywam się z łóżka i odpalam plik. Nerwy, nerwy, no bo przecież dziś był termin. O 12.00 znowu dzwoni B. i mówi, przeniosłam pani obronę, może pani iść spać. No to poszłam. Wcale nie zasnęłam, więc po godzinie strzeliłam APAP i jazda, do nauki, zagadnienia przerabiać. W Biedronce kupiłam energy drinka o smaku szampana, jak się potem okazało. Jest szampan, jest impreza.
O 19.00 znów siadam do poprawek i zimny pot mnie zalewa, jak B. pisze, żebym nie wysyłała za późno. Praca pod presją czasu to chyba nie jest moja mocna strona.
W każdym razie, kojarzycie sławne nagłówki z FAKTU? Nie śpię, bo trzymam kredens?
No.
To już wiecie, czemu ja nie śpię.
I zgadnijcie, co będę robić tej nocy!

03 February 2015

See Canada - checked

Och, może nadrobię w końcu zaległości. Ostatnia część wycieczki (chociaż wcale nie było to na końcu, tylko w środku raczej), która mi została do pokazania, to wyjazd na Orcas Islands, albo San Juan Islands, w sumie to nie do końca wiem, która nazwa tam obowiązywała. Chyba ogólnie to były wyspy San Juan, a Orcas to jedna z nich... O, nawet znalazłam mapę. Myśmy byli na Orcas Island, gdzieś w okolicach Deer Harbor. W każdym razie wyjazd był z okazji Dnia Pracy, co dawało 3 dni wolnego. Z tej okazji nikt normalny nie jechałby 9h samochodem i promem, żeby posiedzieć półtora dnia w domku na wyspie. Nikt normalny w Polsce, hehe.
No, ale było ładnie, zielono, był ocean i góry, i nie było takiego upału jak w Corvallis. A z miejsca, gdzie stał domek, z plaży, widać było Kanadę. No, więc odhaczone, co nie?

Ech, and then Labor Day came and went, and we shed what was left of our summer skin.

Chatka z pająkami i czerwone drzewa.