Dzień pełen stresu, rozpoczęty o 5.30 (wstanie przed budzikiem o tej porze to chyba naprawdę najlepsze zobrazowanie stresu) i zakończony o 22. Oczywiście będąc nadgorliwą, wiecznie spieszącą się, skończyłam jak zwykle. Spóźniona. Głównie to w życiu jestem spóźniona, ale to taka dygresja, bo tu akurat mam na myśli sianie paniki w dziekanacie, włamywanie się do niego po zamknięciu, ręce zbyt trzęsące, by otworzyć torbę i skurcz żołądka przez 6h. Koniec końców załatwiłam. Swoją drogą, jestem taka elokwentna, że to aż boli. Moje rozmowy z promotorką z mojej strony wyglądają tak: dobrze, tak, mhm, tak tak, dobrze. I wychodzi na to, że cały przyszły tydzień spędzę w Olsztynie. Uh oh.
Plusem spędzenia całego dnia w Oln było wywołanie filmu z Hiszpanii (dobry czas, czekał tylko miesiąc, albo półtora!).