D. dziś zapytała, czy coś ostatnio wrzucałam na bloga, albo pisałam. He he. Hehehehe. He. Jak widać, na blogu dawno nic nie pisałam. Natomiast od dłuższego czasu piszę pracę mgr. Piszę i piszę, i piszę, i piszę...
Generalnie już dość dawno doszłam do wniosku, że mimo tego, że ja się zawsze spieszę, to ostatecznie kończę spóźniona. Wiecie, tak życiowo spóźniona generalnie. I tak oto, choć napisaną pracę wysłałam do weryfikacji pod koniec maja, optymistycznie zakładając, że gdzieś do połowy czerwca będzie zaakceptowana, to niestety, kolejny raz będę spóźniona.
Obrona miała być 30 czerwca. Ostatni możliwy termin. Trzeba było złożyć dokumenty do 23. Jeszcze 22 wierzyłam, że to się uda. Potem się okazało, że B. pogadała i przesunęła mi o dzień. 23 spędziłam na poprawkach czas od 9.00 do 15.00. Poprzedniej nocy poprawiałam do 3.00, na 9.00 byłam na uczelni. Na jednej kawie.
B. pyta: czemu się tak pan ręce trzęsą?! No jak to czemu, jak to czemu! B. pyta: a śniadanie pani jadła? Nie jadłam. No to ja pani może dam bułkę. Bo jeszcze pani padnie, praca nie jest tego warta! Nie, spoko, dam radę. 2h później B. mówi, dam pani jednak tę bułkę. O, i kabanosa.
Jednak dobrze, bo obiad zjadłam dopiero po 17.00. I to chyba była ostatnia rzecz, którą jadłam do 4.30 dnia 24. Myślałam sobie, spoko, już prawie skończyłam, do północy ogarniemy. O północy pierwsze poprawki, o 2.00 kolejne, o 3.00 kolejne. O 4.30 wysłałam, zdając sobie sprawę, że nie mam już pojęcia, co ja tam porobiłam. Patrzę na światło zza rolety i sobie myślę, o kurczę, to chyba zorza! Bo wcześniej ktoś mi mówił, albo wysyłał informacje, że tej nocy będzie zorzę widać w Polsce. Ale się zorientowałam, że nie, to nie zorza, to po prostu robi się jasno. Od 8.30 już nie spałam, bo cała w nerwach czekałam na mejla odnośnie poprawek. O 9.00 dzwoni B., więc zrywam się z łóżka i odpalam plik. Nerwy, nerwy, no bo przecież dziś był termin. O 12.00 znowu dzwoni B. i mówi, przeniosłam pani obronę, może pani iść spać. No to poszłam. Wcale nie zasnęłam, więc po godzinie strzeliłam APAP i jazda, do nauki, zagadnienia przerabiać. W Biedronce kupiłam energy drinka o smaku szampana, jak się potem okazało. Jest szampan, jest impreza.
O 19.00 znów siadam do poprawek i zimny pot mnie zalewa, jak B. pisze, żebym nie wysyłała za późno. Praca pod presją czasu to chyba nie jest moja mocna strona.
W każdym razie, kojarzycie sławne nagłówki z FAKTU? Nie śpię, bo trzymam kredens?
No.
To już wiecie, czemu ja nie śpię.
I zgadnijcie, co będę robić tej nocy!
No comments:
Post a Comment