Och, wieje nudą, co? I nie mam tu na myśli tylko bloga, ale w związku z tym konkretnym przypadkiem postanowiłam trochę poględzić i wrzucić jakieś zdjęcia, które oglądam sobie co jakiś czas, bo zapominam, że w ogóle takie robiłam. Z ciekawszych faktów ostatnich dni: jestem na piątym dniu szóstki Weidera, odwiedziłam puste Giżycko, a reszta czasu schodzi na czekaniu. Czekaniu na nadchodzące podróże chociażby. Jak mówi najwspanialsza Karen Elson w nowej kampanii Louisa Vuittona (polecam obejrzeć, choć jest jej tam zdecydowanie za mało):
Getting there was not as important as experience of going. To travel it to live! Wprawdzie w przeciwieństwie do niej nie wybieram się na safari, ani w Himalaje, ani w żadne egzotyczne miejsce. Chociaż z racji nikłej znajomości stolycy można by ją uznać za egzotyczną.
Więcej grzechów nie pamiętam.
 |
| Nie wiem, o co tu chodziło. Musiałam mieć coś nie tak z nogą, ale nie widać tego na zdjęciu. |
 |
| To znalazłam, gdy szukałam tego, czego nie mogłam znaleźć, dopóki nie przemogłam się i nie spytałam o drogę. |
 |
| przed deszczem |
 |
| w trakcie ulewy |
 |
| Mój Miś, jak był mały. |
 |
| Mój duży Miś. Rozważania egzystencjalne: wyskoczyć, czy nie wyskakiwać? |
A w Giżycku było zimno i wiało. Prognoza pogody pokazywała, że będzie 7 stopni i średniozachmurzone niebo. W rzeczywistości było zachmurzone w 100%, do tego mgła, wiatr i 2 stopnie. Jakże się cieszyłam, że jednak nie wybrałam lżejszego płaszcza i zabrałam moje wspaniałe nauszniki. Zdjęcia robiła
Monika, a potem zabrała na kawę.
No comments:
Post a Comment