A przy tym wielka mnie złapała wczoraj wena i piszę, i och, lekką ręką poszło mi z 11 stron, choć przyznać muszę, że nie wszystko było całkiem moje, ale... Ale poniekąd moje. W ogóle weny ostatnio mam dużo, tylko nie do tego, do czego powinnam ją mieć. Zamiast tego mogłabym robić rozliczne sprawozdania i przygotowywać seminaria, ale jak zaczęłam, to nie mogłam się oderwać.
W każdym razie święta za pasem, trzeba zrobić jeszcze parę brzuszków, żeby móc potem spokojnie tyć.
Z racji też zbliżającego się weekendu majowego, rozpoczęłam akcję "przygarnij mnie na zdjęcia", która mam nadzieję, odniesie pożądany skutek. Cóż, czekam! Tak samo jak czekam na mojego wyśnionego przez Dorotę mężczyznę marzeń, który ma przybyć na koniu, albo chociaż na tym koniu zabrać mnie na plażę, gdzie będziemy razem śpiewać piosenki. Tak. Znam jego dane i wygląd. Oczywiście, jest z drugiego końca świata. Czemu mnie to nie dziwi? Anyway, come at me, bro!
No comments:
Post a Comment