18 February 2017

I went to Oregon twice - it rained!

W 2016 roku przypadło mi do wykorzystania 10 dni urlopu i w zasadzie nie byłam pewna, jak to z tym urlopem jest, toteż uznałam, że no lepiej wziąć, niż nie wziąć, no nie? A co bym robiła zimą w domu przez 2 tygodnie? Przecież by szło oszaleć z nudów! Tym bardziej, że pogoda była mało zachęcająca do życia. I tak też narodził się szalony plan (no jednak to szaleństwo mnie nie opuszcza), by wybrać się do Corvallis. Kosztowało to oczywiście wszystko, co zarobiłam do tego czasu (no, z tą pensją to i życie na sucharkach - choć ostatnio kolega z pracy wykłócał się, że sucharki są drogie - nie jest najłatwiejsze!), ale hej, ile razy ma się okazję, by odwiedzić kogoś w JU ES EJ? No, dobra, ja miałam już drugą, hehe. Ale w tym roku raczej się nie uda, a dalej moja wyobraźnia nie sięga, także no.

W każdym razie okres świąteczny w naszym kalendarzu wypadał wyjątkowo niefortunnie, więc opcja zrobienia sobie american Christmas odpadała, ale na przełomie listopada i grudnia wciąż było spoko.
Nie obyło się bez przygód wszelakich, od strajku Lufthansy rozpoczynając. Dzień przed wylotem mój kolega z pracy mówi, hej Paulina, czym lecisz? Bo Lufthansa strajkuje! No i co? Oczywiście, że mój lot odwołany, więc pół dnia przy telefonie, by mi zmienili trasę. Zmiana trasy polegała na tym, że zamiast lecieć trzema samolotami, leciałam czterema. Pozdrawiam. Zmiana trasy wymagała bieganiny po terminalach we Frankfurcie, potem pędu przez lotnisko Heathrow, gnieżdżenia się w samolocie Canada Air (nie polecam, ciasno jak w Rayanairze), no ale za to na lotnisku w Vancouver było już bardzo sympatycznie, nikt mnie nie przesłuchiwał jak terrorystę, nie musiałam wyciągać i nadawać od nowa bagażu, a w Portland wyszłam z samolotu jak człowiek, a nie (znowu) terrorysta. Aż nie byliśmy pewni, czy nie pominęłam jakichś bramek i czy przypadkiem nie wkradłam się nielegalnie na te obłaskawione Trumpem ziemie. Znaczy przepraszam, Oregon bojkotuje Trumpa, halleluja. 
Dni, szczególnie na początku - bo jet lag - upływały nam raczej leniwie. Głównie na chodzeniu/jeżdżeniu rowerem (wszystko fajnie, dopóki nie zaczynał padać deszcz) po Corvallis, zakupach w TJ Maxie, wyprowadzaniu piesków na spacer i zabawie zestawem cieni do powiek z Too Faced, który sprezentowała mi do Dorota (best gift evur).


Too Faced Grand Hotel Cafe <3 mój makijażowy skill dostał kopniaka z tymi paletkami!

Święta, święta, święta. Wspaniałe rzeczy mają w tych sklepach, hehehe.



 
 

 

Ciąg dalszy nastąpi!

No comments:

Post a Comment