10 October 2013

z cyklu: zabawna historia [2]

Otóż dziś opowiem kolejną zabawną historię. Czwartek, moje pierwsze zajęcia z diagnostyki cytogenetycznej. Również jedne z pierwszych ćwiczeń laboratoryjnych w tym semestrze. Wszystko pięknie, dostaliśmy test na dobry początek (dobrze, że nie na ocenę, bo wykazałam się żałosnym poziomem wiedzy - po tylu latach! wstyd mi), ogólnie zajęcia zapowiadają się ciekawie i przynajmniej będzie to coś przydatnego.
Zadanie na dziś: założenie hodowli leukocytów, żebyśmy mogli w kolejnych tygodniach prowadzić rzeczoną diagnostykę. Hodowla leukocytów, czyli musieliśmy się trochę wykrwawić. Spoko, co to dla mnie! Już się kłółam na biologii molekularnej, fizjologii zwierząt, immunologii... Nic nowego. Tyle, że mieliśmy tym razem zwykłe igły do strzykawek, bo insulinówki ponoć za słabo tną, ehehe.
Wszystko gotowe.
Siadam, kłóję dwa razy, żeby lepiej leciało. Dwa razy machnęłam palcem i nie trafiłam do probówki, ale cztery krople wycisnęłam, wszystko pięknie. Sięgam po wacik kosmetyczny i przytykam do palca, zakręcam probówkę, mieszam, podaję koleżance z pary.
Śnię o zapachu krwi i o tym, jak wycieram palec wacikiem.
Dobrze mi się spało.
Dopóki nie przejrzałam na oczy i nie okazało się, że gapię się na sufit, że głowę podtrzymuje mi prowadząca ćwiczenia, a ktoś kładzie mi nogi na krzesło. Grupa skupiona naokoło - dostarczyłam mocy rozrywek! Trzęsą mi się ręce. Wychodzę na korytarz, kilka osób idzie ze mną w ramach asekuracji.
It's gonna be legendary. W przyszłych latach będą mówić: tylko uważajcie, bo jedna ze studentek kiedyś tu zemdlała.
Po kilku minutach wracam na salę i kończymy ćwiczenia, a prowadząca żartuje, żeby asekurować kolegę, który kończy zakładanie hodowli z krwi.
It'a a kind of funny story!

1 comment: