03 February 2015

See Canada - checked

Och, może nadrobię w końcu zaległości. Ostatnia część wycieczki (chociaż wcale nie było to na końcu, tylko w środku raczej), która mi została do pokazania, to wyjazd na Orcas Islands, albo San Juan Islands, w sumie to nie do końca wiem, która nazwa tam obowiązywała. Chyba ogólnie to były wyspy San Juan, a Orcas to jedna z nich... O, nawet znalazłam mapę. Myśmy byli na Orcas Island, gdzieś w okolicach Deer Harbor. W każdym razie wyjazd był z okazji Dnia Pracy, co dawało 3 dni wolnego. Z tej okazji nikt normalny nie jechałby 9h samochodem i promem, żeby posiedzieć półtora dnia w domku na wyspie. Nikt normalny w Polsce, hehe.
No, ale było ładnie, zielono, był ocean i góry, i nie było takiego upału jak w Corvallis. A z miejsca, gdzie stał domek, z plaży, widać było Kanadę. No, więc odhaczone, co nie?

Ech, and then Labor Day came and went, and we shed what was left of our summer skin.

Chatka z pająkami i czerwone drzewa.


06 October 2014

Portland

Problem z Portland jest jeden - jest daleko. A bilety są drogie. A autobusami jeżdżą dziwni ludzie.
Jednak gdy już pokona się te trudności, można w końcu zaznać miasta. Z tramwajami, szklanymi budynkami, World Trade Center, jarmarkiem  (włącznie z opływającymi tłuszczem polskimi pierogami i kiełbasą) i oczywiście - bezdomnymi. Ze sklepami, kawiarniami, Voodoo Doughnuts (the magic is in the hole!) i organiczną mydlarnią.

Voodoo Donuts

Graciarnia

04 October 2014

Newport

Dwa razy pojechałyśmy nad ocean, a ściśle - do Newport. Trzeba było wstać około ósmej, co po okresie jet-lagu było nie lada wyzwaniem! Ale z pewnością było tego warte. Autobusem do Newport, w przeciwieństwie do Portland, nie jechało nawet tylu wykrętów. A pan kierowca był z Islandii.
W każdym razie nasza pierwsza wycieczka tam była bardzo owocna w zdjęcia, a to ze względu na niesamowitą pogodę - przynajmniej część dnia. Po południu wiatr urywał nam dupy i z niejaką ulgą wróciłyśmy do trzydziestostopniowego Corvallis.
Oczywiście najlepszą rzeczą w Newport jest ocean i plaża. Poza tym... Tuż nad naszymi głowami przeleciał na przykład turkey vulture, co się tłumaczy jako sępik różowogłowy. Za drugim razem, gdy byłyśmy w Newport, wybrałyśmy się do Oceanarium i tam właśnie takie mieli. I mówiłam, że to na pewno jakiś sępowaty, a Dorota mi nie wierzyła. W każdym razie wyczytałam wtedy, że te urocze ptaszki sikają na swoje nogi, żeby zabić bakterie, które się na nich gnieżdżą po buszowaniu w padlinie, na głowie też mają pełno bakterii, bo się maziają we flakach, a ich kwasy żołądkowe z powodzeniem rozpuściłyby małe dziecko. Czy coś w ten deseń. Oczywiście tego ostatniego nie napisali.
Na pewno zastanawiacie się, co można jeść w mieście portowym żyjącym z połowu ryb i owoców morza. Odpowiedź jest prosta - tajskie żarcie. Z zupełnie niezrozumiałych dla nas powodów, portowe miasta w USA wcale nie oferują knajp z rybami. Było chyba jedno miejsce, gdzie można było kupic ryby i kosztowały fortunę. No cóż!
Z innych atrakcji był super wielki most łączący dwie części miasta, plaża tak zamglona, że nie było widać nic poza nią, latarnia morska połączona z domem - jedyna z czterech, jakie były kiedyś wybudowane na wybrzeżu Oregonu. Powstała chyba koło 1860 roku, a używano jej tylko w latach 1870-73, czy coś takiego. Zastanawiające, że Amerykanie, którzy nie mają prawie żadnych zabytków, tak sobie to olali. No cóż!
A z pozostałych atrakcji, to okazało się, że do Newport przypływają lwy morskie z Kalifornii. I jeszcze widziałyśmy poławianie raków, hoho.

Radość z oceanu :)

03 October 2014

Corvallis

Nie wiem, od czego zacząć. Może od pobudki przed czwartą rano. Może od stania w kolejce liczącej zapewne grubo powyżej stu osób, co zajęło mi dobrą godzinę. Może od tego, że tam, w tej kolejce, o piątej nad ranem, spotkałam wykładowczynię z mojej katedry. Spotkanie kogoś znajomego w innym mieście, niż zwykle, już wydaje mi się dziwne i zaskakujące. Spotkanie kogoś o tak nieprzyzwoicie wczesnej godzinie, pośród kilku tysięcy innych ludzi, wydaje się wręcz niemożliwe. A tu proszę. Co było potem?
Zanim dotarłam do kontroli osobistej, musiałam pokazać chłopakowi kartę pokładową. Była piąta czterdzieści. Powiedział mi: "ale się pani ręce trzęsą". Z wyrzutem! (skandal) Gdyby właśnie spóźniał się na samolot i czekało go jeszcze kilkanaście godzin podróży, ciekawe czy byłby ostoją spokoju!
W Amsterdamie na lotnisku prawie się zgubiłam. To właściwie nic dziwnego. Jest pewnie większe niż niejedno miasto. W końcu jednak dotarłam do właściwej bramki, a tam niespodzianka. To znaczy, kontrola. Wśród moich szczególnie ulubionych pytań z tego etapu znalazły się: "czy pakowałaś się sama? ale NA PEWNO?" oraz "jak dojedziesz do miasta swojej siostry, skoro będziesz tam PIERWSZY RAZ?" I jeszcze wiele, wiele innych. Na część z nich musiałam odpowiadać jeszcze dwa razy w dalszych etapach podróży. Fakt, że będę musiała jechać autobusem z lotniska do innego miasta i ta niepewność, czy moja siostra będzie czekać na mnie na przystanku, były dla ochroniarza tak frapujące, że musiał się skonsultować z drugim. W końcu chyba jednak uznali, że nie jestem terrorystą. Wow.
11 godzin w samolocie. Całe szczęście było jedzenie, muzyka i filmy. Chociaż filmy doceniłam szczególnie w drodze powrotnej - dziewięciogodzinny maraton X-Menów zawsze spoko.
Na lotnisku w Portland znów jednak wszystkich nie-Amerykanów uznano za potencjalnych terrorystów i z tej okazji spędziłam jeszcze godzinę w kolejce, bo znowuż każdego przepytywali, choć już nie tak męcząco jak wcześniej. A potem jeszcze raz stałam w kolejce. I  w końcu wyszłam na tę ziemie obiecaną, to cudowne El Dorado, ten wyczekiwany American Dream!
I jakie było moje zdziwienie, jak zobaczyłam Dorotę! Bo wychodziłam taka zmarnowana i ze świadomością, że będę musiała szukać autobusu, a co najgorsze, wydać na niego pięćdziesiąt dolarów. Bo nie ma to jak wybierać się w podróż za granicę i nie mieć żadnego kontaktu ze sobą, bo a) brak numeru telefonu, b) brak wifi, c) brak przesyłu danych. Gdybym przed spowiedzią u ochroniarza wiedziała, że nie będę musiała jechać autobusem, może nie musiałabym się aż tak płaszczyć.
W każdym razie, tak się zaczęła wielka przygoda! (mam nadzieję, że teraz wszyscy nucą sobie "szczotka, pasta, ciepła woda")

Księgarnia naprzeciwko American Dream Pizza <3

Jakiś domek.

29 September 2014

From Eden

Pierwsza sesja (jak zwykle wpadłam na spontana) po powrocie do Gdańska w wakacje. Trochę inaczej, niż dotychczas, dla odmiany nie w kwiatkach, ale wciąż w koronkach. Wciąż czekam, więc tylko sneak peek.




lovelovelove



Szczecin II

Moje i Karoliny zabawy w Szczecinie :)

spontany

Dwa zaległe, spontaniczne spotkania z Darią w Gdańsku. 

Maj




23 July 2014

Kraków

Biorąc pod uwagę moje opóźnienie ze zdjęciami, te są niemal jak świeżynki. Do Krakowa wybrałam się na długi majowy weekend i sądziłam, że przywiozę z niego więcej zdjęć, ale tyle może jednak starczy.

Postanowiłam zrobić zdjęcie, więc nikt nie współpracował.




Pierwszy kebab Pauliny, w mieście kebabów. Gratulujemy!




Helsinki

Dziś jest ten wielki dzień, w którym wywołałam kliszę. Pierwsze zdjęcia są z listopada zeszłego roku, więc jest co nadrabiać. Na pierwszy ogień święta w Helsinkach, gdzie nie było ani krzty śniegu, niebo wisiało tuż nad czteropiętrowymi blokami, a słońce przez dwa tygodnie przebiło się tylko raz. To był też zapewne pierwszy i ostatni raz, jak przebrałam się za Mikołaja, pukałam do drzwi z prowizorycznym worem prezentów, a potem uciekałam przez osiedle w deszczu i błocie. Niefortunnie nie ukryłam włosów pod czapką i moje przebranie prawie zostało przejrzane. Wielka szkoda, w każdym razie, że nie mam zdjęcia w tym przebraniu, bo w końcu ile razy zostaje się Mikołajem?












03 June 2014

dieta cud

Myślałam, że wraz z nowym miesiącem mój traumatyczny tydzień zatytułowany "nie mam pieniędzy" odejdzie w niepamięć, a ja znów rzucę się w wir stołówkowych obiadków i kupowania trzy razy w tygodniu zestawów pokroju czekolada+ciastka+batonik na drogę ze sklepu do domu. Otóż już w tej chwili stwierdzam, że to niestety nie przejdzie. Po zapłaceniu rachunku i dwóch wyjściach na zakupy znów stanęłam w obliczu mocno ograniczonych środków i zapewne przez kolejne tygodnie będę nieustannie narzekać. Bo akurat jak mnie na to nie stać, to w kinie jest wysyp, naprawdę wysyp filmów, które chcę zobaczyć. Na które, do diabła ciężkiego, czekałam od kilku miesięcy. Biednemu zawsze piach w oczy, ot co.
Nawiązując do tytułu, przeżycie tygodnia za trzydzieści złotych dobrze działa na figurę, polecam, Paulina. W związku z ostatnim kryzysem "jestem gruba" zaczęłam znów liczyć kalorie i ogólnie to nietrudno zauważyć, że po wyeliminowaniu tego tysiąca, który zwykle pochłaniam ze słodyczami, niewiele ich zostaje, eheh. Rekord tygodnia ustanowił dzień trzeci z 580kcal. Nie umarłam z głodu, jak można by się spodziewać. Za to dostarczyłam rozrywki, zadając kluczowe pytanie: jak gotuje się marchewkę? Oczywiście później zrobiłam dokładniejszy wywiad w internecie i okazało się, że to co miałam na myśli, zwie się fachowo marchewką zasmażaną, do której potrzebna jest mąka. Mąki niestety nie posiadam, więc na przyszłość muszę obejść się smakiem.
Na koniec powiem, że zaczął się okres rozglądania za nowym mieszkaniem i już mi ręce i cycki, i generalnie wszystko co może, opada, jak czytam niektóre ogłoszenia i patrzę na oferowane pokoje. Chryste. Cały czas mnie zaskakuje, jaki ludzie mają tupet.