10 November 2012

I'm Autumn

Okej, chyba już czas zaprezentować się w jesiennych barwach. Jestem mega podekscytowana efektami i  w ogóle całą sesją. A tak poza tym to się trochę nudzę (jak się trzeba było uczyć 24/7 to nie miałam takich problemów jak - co robić w weekend). To nic, to nic, coś się wymyśli. Zrobiłam już spis literatury na licencjat i został tylko problem ze źródłami anglojęzycznymi, bo nie wiem jak je znaleźć, a jeśli wiem, to jak je zdobyć, bo biblioteka chyba specjalnie nie obfituje, hm.

Zdjęcia: Kalina Ciszewska - fb
Wizaż: Joanna Grabowy
Stylizacja: Karina Borejszo - Vintage for ever












A do pełni szczęścia nowa piosenka Karen Elson, ohohohoh, rzygam tęczą <3

05 November 2012

feeling good

Ostatnio wszystko się układa. Niespodziewanie dobrze się układa, aż się prosi, zapytać - czy jest w tym jakiś haczyk?
W ogóle, to poszłam dziś do sklepu mięsnego! Ja! I kupiłam szynkę, a nawet dwie.
Niesłychane.
To było wyznanie na poziomie, czyż nie?
Z pewnością ciekawsze byłoby, jakbym powiedziała o wycieczce do Szczecina, ale to może później, jak już w końcu wywołam te nieszczęsne klisze. Mogłabym powiedzieć też o 4 z kolokwium, druga najlepsza ocena w grupie. Mogłabym powiedzieć o świetnej sesji, którą miałam wczoraj i o tym, że w 25 minut zdążyłam objechać z Suchanina na Morenę, spakować się, dojechać na dworzec, kupić bilet w kasie i w dodatku znaleźć wygodne miejsce siedzące w pociągu. Ale czyż to nie jawny przejaw, że się układa? A o sesji najlepiej powiedzą zdjęcia, jak już je dostanę <3

A to od melanżowego kolegi Matta.





15 October 2012

what do I stand for?

ach! most nights I don't know, anymore...
nie wiedziałam dziś, zwlokłam się z łóżka koło 11. moim największym osiągnięciem było zjedzenie dwóch marcepanów z nugatem. po co komu obiad. a nie, trochę pogrzebałam (hehe) i okazało się, że w bibliotece jest ze sto książek farmakologicznych, także mam już plan na ten tydzień...
i jutro mała seszyn.
+ Mykonos

a poza tym:

07 October 2012

lijo lijo lijo

Kilka zdjęć od Kasi, z którą spotkałam się w Starogardzie Gdańskim (wspominałam o sesjowym wrześniu, czyż nie). Nie ma to jak bieganie po polu w tą i we wtą, atakowanie nas przez krzyżaki i zostawienie po sobie kilku metrów kwadratowych pierza. Generalnie wesoło. A to nie był wcale koniec! Aha, no i nie zapominajmy o panu kierowcy, który nie zauważył, że jestem w autobusie i zdążył sobie zaparkować, nim mnie wypuścił.







03 October 2012

dog days are over

Cóż, oto mamy nowy rok akademicki, w którym dla odmiany nie mam prawie nic do roboty i to jest dosyć przerażające, bo bez ram czasowych, bez zapełnionego grafika przechodzę, a może raczej, kontynuuję stan wegetacji. Zajęcia stałe będą jedynie w poniedziałki i wtorki, we środy kolokwia raz na jakiś czas, w piątki blok 2 razy (okaże się lada dzień, kiedy dokładnie) i we czwartki dopiero pod koniec semestru.
Wypadałoby spiąć dupę, napisać licencjat w dwa miesiące i znaleźć pracę na przykład. Ciężki plan dla kogoś, kto zdążył zmienić się w wór.
Od poniedziałku zdążyłam za to odkurzyć dwa razy (kocham ten odkurzacz, co tu jest), ogarnąć balkon, odczyścić krzesło i posprzątać łazienkę. To jednak nie tak źle, jak na wór. Mam dwa okna i drzwi balkonowe, za każdym mieszka pająk. Przeklęte bestie, oby zdechły zimą. Ale w pokoju jest ciepło, mimo tych okien.

A to mój nowy pokój!

23 September 2012

nobody knows

Tytuł sponsoruje Elsiane, której nowy album przesłuchałam już ze sto razy i jest absolutnie fantastyczny, szczególnie na zbliżającą się jesień i zimę. Jednak nim zasypią nas zgniłe liście i zanim spadnie śnieg, ostatnie tchnienia wiosny i lata zamknięte w zdjęciach, które dziś sponsoruje Joanna Kaczykowska. More to come!










Nobody knows the life that you’ve lived
Nobody cared, no one was there

07 September 2012

listopad

Proszę sobie włączyć Midlake - Winter dies, The Heavy - And when I die, Agnes Obel - Riverside.
Poniższy tekst jest stary, z zeszłego listopada właśnie, a że dziś taka pogoda, to wrzucam. Oto, co wychodzi z głów ludzi, który słuchają mp3 w pociągach, wbrew pozorom wcale nie idzie się znudzić. Tak sobie myślę, że jak zwykle zwaliłam zakończenie, no ale już trudno.



Umiera zima.
Wszyscy to wiedzą.
Ktoś musi umrzeć, by ktoś się narodził.
Otwieram oczy. W pokoju jest ciemno, kontury topnieją w zimnym, szarym blasku poranka. Nie ma więcej czasu na kontemplację, puchowa kołdra nie może mnie dłużej chronić. Stawiam czoła dniu.
Gdy wychodzę przed dom, już wiem. Czuję to w kościach, powietrze inaczej pachnie. Z każdą mijającą minutą będę świadkiem, jak Ziemia wraca do życia. Jest coś podniecającego i przygnębiającego równocześnie w tym nieuniknionym procesie. Osobiście wolę śmierć lata, usychanie świata, wielomiesięczny senny trans.
Jestem wyjątkiem, jednostką. Rozglądam się, nasłuchuję. Jest na tyle wcześnie, że niewielu ludzi chodzi po uliczkach wioski. Słyszę stłumiony szum morza, wszak dzieli mnie od niego niecały kilometr. Wraz z podmuchem wiatru w powietrzu rozpływają się rozpaczliwe krzyki zziębniętych dusz. Dziś łkają po raz ostatni, oddalają się coraz bardziej, gdzieś hen daleko, by w innej części globu płakać nad swym marnym losem.
Godziny mijają leniwie, a na ulicach pojawia się coraz więcej ludzi. Idę przed siebie i wkrótce mam serdecznie dość nieustających powitań, uśmiechów, ach jaki piękny zapowiada się dzień, czyż nie? To mała osada, wszyscy się znamy. We wszystkich tych ludzi wstępuje energia, wystarczy jeden błysk słońca, by ich twarze rozpromieniły się w szerokim uśmiechu. Oczywiście, rozumiem ich radość, lecz jej nie podzielam.
Dlaczego?...
Wszak kiedyś było inaczej.
Pamiętam ten czas, gdy czułem. Naprawdę czułem otaczający świat. Poruszał mnie dogłębnie, nieskończenie, nieustannie. Każdy dźwięk, każda barwa. Każdy kolejny człowiek spotkany na mej drodze wyzwalał we mnie lawinę wrażeń. Wszystko. Pamiętam, że byłem wtedy szczęśliwy. Tak pełen energii! Zawsze wdzięczny za to, co gotował mi los i za to, co sam osiągnąłem. Nie wiem nawet, kiedy to minęło, odeszło płynnie, zastąpione pustką.
Zbliżam się do wody, coraz głośniej słychać fale rozbijające się o skalisty brzeg. Staję na krawędzi klifu i patrzę w dal. Mój wzrok jest już zbyt słaby, by w pełni podziwiać piękno tego widoku. A jednak nie muszę wcale widzieć, by wiedzieć, że już wkrótce z naszego portu zaczną odbijać statki kupców. Dziesiątki łodzi większych i mniejszych, o trzepocących na wietrze płóciennych żaglach. Z tej perspektywy będą wyglądać jak zabawki. Jako dziecko stawałem w tym samym miejscu i nabrawszy w płuca tyle powietrza, ile tylko były w stanie pomieścić, dmuchałem w dal. Cudownie było wierzyć, że to tylko i wyłącznie moja zasługa, że żagle nadymają się i napędzają statki. Patrzyłem na nie, dopóki nie znikały za horyzontem.
Zmierzałem jednak do tego, że choć Ziemia rodzi się na nowo, to nasza wioska zamienia się w wielki, bulgocący kocioł. Woda zdaje się wzbierać, burzy się, nadyma się i zapada na przemian, żyje własnym życiem. Tak samo w ludzi wstępuje energia, wydaje się, że jest ich znacznie więcej, niźli zimą, są wszędzie, rozgadani i zapracowani, lecz… W rzeczywistości znikają, tak jak woda, która paruje i w końcu kocioł zostaje pusty. Rozumiem, że muszą szukać nowych miejsc, wszak napędzają rynek, a jednak od lat widok ich oddalających się łodzi łamie mi serce.
Odwracam się i odchodzę. Zmierzam teraz w całkiem odwrotnym kierunku, przecinam wioskę. Po drodze widzę soczysto zielone młode pędy traw i krzewów. Dzień mija szybciej, niż jestem w stanie mrugnąć okiem. Słońce dawno już osiągnęło szczyt na nieboskłonie i teraz pochyla się coraz niżej nad lasem. Tam właśnie zmierzam. Tam, w dolinie otoczonej drzewami, płynie rzeka.
To miejsce przepełnione samotnością.
Wszyscy to wiedzą. Każdy był tam choć raz, ciemna sylwetka na tle drzew, znikająca w ich cieniu. Potrafię rozpoznać tych, którzy tam byli i jedno spojrzenie wystarcza mi, by stwierdzić, że ktoś jeszcze nigdy się tam nie zapuścił. Widzę to w ich oczach, nie umknie mi żadne westchnienie duszy. Poniekąd im zazdroszczę, a jednak… prawda jest taka, że trafią tam prędzej czy później.
Schodzę po zboczu usianym drzewami. Tutaj nigdy nie sięgają promienie słońca, nawet w najjaśniejsze dni. Słychać szum rzeki i liści.
Moja samotność zbiega tuż za mną, potem zwalnia i klepie po plecach na powitanie. Teraz idziemy już razem. Teren się wyrównuje, podchodzę bliżej wody. Niedaleko mnie brzeg rzeki tworzy niewielką zatoczkę, a w niej dawno temu ktoś postawił krótki pomost. Deski są rozmiękłe i nikt o zdrowych zmysłach na niego nie wchodzi. Do belki przywiązana jest gruba lina, utrzymująca łódkę, równie leciwą jak pomost. Widzę długie kosmyki glonów unoszące się pod powierzchnią. Jakże to rzewny widok. Obraz zapomnienia.
Moja droga dobiega końca. Zatrzymuję się tuż przy brzegu. Śledzę wzrokiem wiry tworzące się na wodzie, gdzieniegdzie wystają kamienie. Tu, gdzie stoję, również jest ich sporo, oczywiście dużo mniejszych. Pochylam się i wybieram kilka, idealnie gładkie, grafitowe. Obracam je w dłoniach, chowam do kieszeni. Nie widać stąd dna, ale jestem pewien, że pokryte jest puszystym mułem i dywanem z wodnych roślin.
Zamykam oczy. Pozwalam przemówić przyrodzie. Huk wody, szum liści. Mlaśnięcie mułu pod moimi stopami i świergot ptaków wysoko nad głową. Nie muszę patrzeć, by widzieć i słuchać, by słyszeć. Czuję obejmującą mnie samotność, jej dotyk na mojej skórze.
Czy ktoś krzyknął z oddali moje imię?
Czy to czyjeś kroki szeleszczące na leśnej ściółce?
Gdzieś tam, za rzeką…
To woda, to woda mnie woła.
Otwieram oczy szeroko i wiem, że nie ma odwrotu. Nabieram powietrza w płuca, tak jak wtedy, gdy byłem dzieckiem i napędzałem statki. Wypuszczam je powoli, wszak nie będzie mi potrzebne tam, gdzie idę.
Robię pierwszy krok wprzód. Potem drugi. Woda jest paraliżująco zimna. Nie odszedłem jeszcze od brzegu, a prąd już chwyta mnie za kostki. Muszę iść dalej. Dno jest miękkie i śliskie. Ledwo udaje mi się utrzymać równowagę.
Moje członki odmówiły posłuszeństwa. Nie mogę dłużej stawiać oporu. Nurt jest tak silny, że porwał mnie natychmiast, uniósł kilka metrów dalej. Nie czuję ciała. Coś ciągnie mnie w dół i coś stara wypchnąć do góry. Woda zalewa mi twarz. Kamienie w kieszeniach, zapomniałem o tych pięknych kamieniach.
Czy to diabeł porywa mnie w swe ramiona? Czy to szatan, demon? Jakże zimna jest droga w dół. Mógłbym przysiąc, że Nieba nie ma, ale czy istnieje Piekło? Czy gdyby Niebo było wieczną kontynuacją życia na Ziemi, to czyż nie oznacza to, że jest Piekłem?
     Cóż, moje byłoby nim z pewnością.
Opadam z sił i plączą się moje myśli. Umykają szybciej, niż jestem w stanie przemyśleć to, o czym myślę! Moje płuca się krztuszą i krew krzepnie w żyłach, ubrania i kamienie ściągają mnie w dół. Nie widzę zupełnie nic, moje ciało znikło, ani jedno przejaśnienie nie wskazuje, gdzie znajduje się powierzchnia.
Umieram.
Ktoś musi umrzeć, by ktoś się narodził.
Oby nigdy nie przestał odczuwać świata.

05 September 2012

I kind of like the feeling when you stab me in the back

Włączcie ciepłą wodę, skurwysyny.
Wrzesień zapowiada się pod znakiem sesji i pierwszy raz nie chodzi tu o egzaminy.

smutne, dziurawe plecki



21 August 2012

dzieci i koty mają głos

Taka byłam podniecona faktem wywoływania zdjęć, że nawet mi się to śniło, hah. Zdjęcia są różne, więc posegreguję je jakoś sensownie. Na początek temat rzeka, czyli dzieci i koty. I jednego i drugiego u nas pod dostatkiem. Ale jak wywoływać filmy, to jednak w Olsztynie, bo tu straszne zdzierstwo.

Ray Lamontagne - Empty
Cat Power - Cherokee

Kot stancjowy, potocznie nazywany Kotem, choć jest kotką.

 Wanda strzela genialne miny :D


Te dwa małe już nie są takie małe i nieogarnięte, pech.
Teraz są takie i się tłuką.

03 August 2012

come on, come talk to me

Chciałam powiedzieć, że mam uczulenie. Nie wiem na co, ale już od dłuższego czasu i to jest fuj. Może ktoś mi zrobi zdjęcie rączek, na pamiątkę. Choć pamiątka będzie pod warunkiem, że uczulenie przejdzie. I ostatnio mam wyjątkowe szczęście do wychodzenia z domu, z zamiarem spędzenia na dworze więcej czasu, po czym zaczyna lać i nici z tego. Siedzenie pod ścianą z deszczu to moje nowe hobby, nie ma co!




 
Won't you please talk to me?
If you'd just talk to me
Unblock this misery
If you'd only talk to me
Don't you ever change your mind
Now your future's so defined
And you act so deaf, so blind
Come on, come talk to me