03 June 2014

dieta cud

Myślałam, że wraz z nowym miesiącem mój traumatyczny tydzień zatytułowany "nie mam pieniędzy" odejdzie w niepamięć, a ja znów rzucę się w wir stołówkowych obiadków i kupowania trzy razy w tygodniu zestawów pokroju czekolada+ciastka+batonik na drogę ze sklepu do domu. Otóż już w tej chwili stwierdzam, że to niestety nie przejdzie. Po zapłaceniu rachunku i dwóch wyjściach na zakupy znów stanęłam w obliczu mocno ograniczonych środków i zapewne przez kolejne tygodnie będę nieustannie narzekać. Bo akurat jak mnie na to nie stać, to w kinie jest wysyp, naprawdę wysyp filmów, które chcę zobaczyć. Na które, do diabła ciężkiego, czekałam od kilku miesięcy. Biednemu zawsze piach w oczy, ot co.
Nawiązując do tytułu, przeżycie tygodnia za trzydzieści złotych dobrze działa na figurę, polecam, Paulina. W związku z ostatnim kryzysem "jestem gruba" zaczęłam znów liczyć kalorie i ogólnie to nietrudno zauważyć, że po wyeliminowaniu tego tysiąca, który zwykle pochłaniam ze słodyczami, niewiele ich zostaje, eheh. Rekord tygodnia ustanowił dzień trzeci z 580kcal. Nie umarłam z głodu, jak można by się spodziewać. Za to dostarczyłam rozrywki, zadając kluczowe pytanie: jak gotuje się marchewkę? Oczywiście później zrobiłam dokładniejszy wywiad w internecie i okazało się, że to co miałam na myśli, zwie się fachowo marchewką zasmażaną, do której potrzebna jest mąka. Mąki niestety nie posiadam, więc na przyszłość muszę obejść się smakiem.
Na koniec powiem, że zaczął się okres rozglądania za nowym mieszkaniem i już mi ręce i cycki, i generalnie wszystko co może, opada, jak czytam niektóre ogłoszenia i patrzę na oferowane pokoje. Chryste. Cały czas mnie zaskakuje, jaki ludzie mają tupet.

25 May 2014

three wishes

Jestem tłusta, nikt mnie nie rozumie i mam 4 złote na koncie. Nie mam ubrań na trzydziestostopniowe upały i nie mam weny do zaliczeń i innych przyjemności, jakie oferuje moja uczelnia. Nie mam postępów w pracy magisterskiej i okazuje się, że jej wybór przegrał moje życie.


24 May 2014

Warszawa vol 2

Pobudka 5 rano. O godzinie 5.20 zamierzam robić makijaż, ale na ścianie zauważam gigantycznych rozmiarów pająka i mój spokój ducha zostaje zakłócony. Nie polecam wstawać nocą. Lepiej nie wiedzieć, co mieszka w naszym pokoju. Nie uświadczyłam kawy ani śniadania, bo o 5.40 musiałam iść na autobus. Bez sensu, bo choć informowali, że należy być przynajmniej 10 minut przed odjazdem autokaru, on sam raczył podjechać na stanowisko dopiero po 6, więc mogłam się tak nie spieszyć. Oczywiście nie potrafię spać w drodze, nawet hibernowanie mi nie szło, bo usiadłam po złej stronie autobusu i całą drogę słońce waliło mi po gałach. O 9.35 w Warszawie było już milion stopni, a miało być jeszcze gorzej. Obeszłam dworzec i labirynty jakieś pięćdziesiąt razy, nim znalazłam szafki, gdzie można przechować rzeczy. Osiem złotych. Ambasada powinna zwracać kasę za całe to, nie przymierzając, pierdolenie, żeby do nich wejść (zakaz wnoszenia mp3 to serio przegięcie). W każdym razie kolejne cenne pieniądze wydawałam na syrop na kaszel i bilety. Oczywiście jak na osobę pokładającą wiarę w swoją orientację w terenie i umiejętność czytania map, patrzyłam na proponowane trasy dojazdu do konsulatu spod dworca i uważałam, że pójdzie jak z płatka. Wyobrażenia vs rzeczywistość niestety przegrały z kretesem. Miałam być na 10.45. O 10.30 biegałam po schodach w jedną i drugą stronę, zmieniając trzy razy tramwajowe przystanki, przy, przypominam, trzydziestu stopniach. No bo przecież jaki normalny człowiek wpadnie na to, że przystanków o nazwie "Dworzec Centralny" może być więcej niż jeden? O 10.45 doczekałam się w końcu autobusu i o 10.50 stanęłam u bram wroga. Jak w końcu trafiłam tam, gdzie miałam trafić, to na wyświetlaczu był numer około 110. Ja dostałam numerek 186. I uznałam, że nie wyjdę stąd przez najbliższe cztery godziny. Na szczęście zeszło jednak szybciej. Całe szczęście, bo umarłabym z głodu, nudy i słuchania po raz setny wyświetlanych na telewizorach filmików o tym, jaka ta ambasada wspaniała, jaka Ameryka piękna i jak to Abraham Morales opowiada o swoich przygodach w wojsku. Szkoda, że nie wyświetlają informacji o tym, że w zeszłym roku z ich powodu wzrósł procent nieudzielania Polakom wiz - no bo przecież wszyscy tu marzą o nielegalnej emigracji. Tak czy inaczej, tego dnia mieli chyba jednak dobry dzień, bo jak patrzyłam na te 50 osób przede mną, to większość odchodziła zadowolona. No i w końcu ja! Byłam przygotowana na opowiadanie bajek, machanie im przed nosem dokumentami uwierzytelniającymi i generalnie wielkie płaszczenie, a tu się okazało, że wystarczyło odpowiedzieć na trzy pytania i... bach, wiza będzie za kilka dni!
Postanowiłam wrócić na dworzec z buta. Prawie się przy tym zgubiłam, znowu. No, ale jak na osobę doświadczoną w biegach na orientację, postanowiłam kierować się wysokością słońca na niebie, patrzeć z której strony mech rośnie na drzewach i przede wszystkim, zwracać uwagę na charakterystyczne elementy terenu, takie jak niecki, strumienie i...


Tak. Trafiłam więc w końcu, zabrałam torbę z szafki i nadszedł czas, by coś zjeść. Tu stanęłam przed kolejnym poważnym problemem, a mianowicie: jak nazywa się ulica na starówce (i czy to ogóle nazywa się starówka? W jakichś miastach nie mówi się starówka i wolałam nikogo nie pytać, bo jeszcze by mnie zlinczowali) i jak tam dojechać. Na dworcu powinni mieć jakieś rozpiski linii autobusowych, a nie, że trzeba najpierw przebiec te nieskończone kilometry, żeby się potem okazało, że się wyszło po zupełnie złej stronie. W Gdańsku te przystanki to chociaż w kupie stoją, a nie... No ale trafiłam. Jakbym wtedy wiedziała, jak wygląda stan mojego konta, to pewnie zadowoliłabym się kanapką. Cóż. Swoją drogą okazało się, że to wcale nie było tak daleko od Pałacu Kultury, więc mając godzinę wróciłam z buta. Potem wciąż miałam z pół godziny i uznałam, że może pójdę oddać krew (daliby mi wodę i czekoladę), ale jak weszłam do autobusu i zobaczyłam tych leżących ludzi to mi się odechciało, a w dodatku kolejka była, więc wolałam nie ryzykować, że po tylu godzinach czekania spóźnię się na autobus powrotny.
Na pewno moi drodzy czytelnicy są ciekawi, co stało się z pająkiem widzianym o 5 rano? Otóż ja również byłam ciekawa i nie dawało mi to spokoju cały dzień. Można powiedzieć, że na szczęście, nigdzie się nie schował. Jak mówią, przyjaciół miej blisko, a wrogów jeszcze bliżej. W przypadku pająków należy wiedzieć, gdzie są, to ułatwia ich eliminację. Albo ja, albo oni. Okazało się, że uwił sobie gniazdko w rogu sufitu. I tu wkroczyłam ja z odkurzaczem. A później wszystkie moje współlokatorki, bo uznałam, że ten gnój jest za duży żeby podchodzić do niego samotnie.
Harmonia mojego pokoju odzyskana.

13 April 2014

fireflies danced in her hair

Her siren song seeps slowly into my head as I drew her close to my lips, and as they gently touched I felt a terrible rush, as the life was crushed right from my heart... Ach! Zakochałam się w niej, to pewnie ta syrena jakiś czar rzuciła.
A przy tym wielka mnie złapała wczoraj wena i piszę, i och, lekką ręką poszło mi z 11 stron, choć przyznać muszę, że nie wszystko było całkiem moje, ale... Ale poniekąd moje. W ogóle weny ostatnio mam dużo, tylko nie do tego, do czego powinnam ją mieć. Zamiast tego mogłabym robić rozliczne sprawozdania i przygotowywać seminaria, ale jak zaczęłam, to nie mogłam się oderwać.
W każdym razie święta za pasem, trzeba zrobić jeszcze parę brzuszków, żeby móc potem spokojnie tyć.
Z racji też zbliżającego się weekendu majowego, rozpoczęłam akcję "przygarnij mnie na zdjęcia", która mam nadzieję, odniesie pożądany skutek. Cóż, czekam! Tak samo jak czekam na mojego wyśnionego przez Dorotę mężczyznę marzeń,  który ma przybyć na koniu, albo chociaż na tym koniu zabrać mnie na plażę, gdzie będziemy razem śpiewać piosenki. Tak. Znam jego dane i wygląd. Oczywiście, jest z drugiego końca świata. Czemu mnie to nie dziwi? Anyway, come at me, bro!


04 April 2014

Warszafka

Okej, więc jeśli chodzi o mój spektakularny podbój stolicy, to niestety wyszło słabo. Aczkolwiek to, co wyszło, okazało się bardzo udane. W dwa dni obskoczyłam Łódź i Warszawę - zadziwiające, ile człowiek jest w stanie zrobić, jak wstanie o tej nieszczęsnej szóstej rano. W Łodzi przyczyniłam się do powstania projektu o graczach pbf, och, tyle wspomnień! Następny dzień w Warszawie był szary i marny w porównaniu z sobotą, którą spędziłam głównie w podróży, ale i tak udało nam się zrobić całkiem udane zdjęcia. Plus - jeść pizzę na obiad dwa dni pod rząd!

Zdjęcia: Marta Machej
Wizaż: Zuza J.
Pomagali Olga i Daniel







05 March 2014

same circle anyway

Och, wieje nudą, co? I nie mam tu na myśli tylko bloga, ale w związku z tym konkretnym przypadkiem postanowiłam trochę poględzić i wrzucić jakieś zdjęcia, które oglądam sobie co jakiś czas, bo zapominam, że w ogóle takie robiłam. Z ciekawszych faktów ostatnich dni: jestem na piątym dniu szóstki Weidera, odwiedziłam puste Giżycko, a reszta czasu schodzi na czekaniu. Czekaniu na nadchodzące podróże chociażby. Jak mówi najwspanialsza Karen Elson w nowej kampanii Louisa Vuittona (polecam obejrzeć, choć jest jej tam zdecydowanie za mało):
Getting there was not as important as experience of going. To travel it to live! Wprawdzie w przeciwieństwie do niej nie wybieram się na safari, ani w Himalaje, ani w żadne egzotyczne miejsce. Chociaż z racji nikłej znajomości stolycy można by ją uznać za egzotyczną.

Więcej grzechów nie pamiętam.

Nie wiem, o co tu chodziło. Musiałam mieć coś nie tak z nogą, ale nie widać tego na zdjęciu.

To znalazłam, gdy szukałam tego, czego nie mogłam znaleźć, dopóki nie przemogłam się i nie spytałam o drogę.

przed deszczem

w trakcie ulewy
Mój Miś, jak był mały.

Mój duży Miś. Rozważania egzystencjalne: wyskoczyć, czy nie wyskakiwać?

A w Giżycku było zimno i wiało. Prognoza pogody pokazywała, że będzie 7 stopni i średniozachmurzone niebo. W rzeczywistości było zachmurzone w 100%, do tego mgła, wiatr i 2 stopnie. Jakże się cieszyłam, że jednak nie wybrałam lżejszego płaszcza i zabrałam moje wspaniałe nauszniki. Zdjęcia robiła Monika, a potem zabrała na kawę.




21 December 2013

spałam w Pile i to jak na razie tyle

Tak, tak, we wrześniu to było. Nie dość, że spałam w Pile, to jeszcze piłam w Pile! I zdjęcia robiłam.
Na początku byłam ładna!



Potem już trochę mniej. Nowa twarz rajstop, urzekło mnie to stwierdzenie.





  

Nie zapominając o najważniejszym zdjęciu. Ja - człowiek pociąg. I my! Hihihih.



More to come, korzystając z tego, że mam internet, który d z i a ł a. Dorzucę nutkę na koniec: 

09 December 2013

widuję cię ukradkiem i zachwycam się

Otóż działo się to na trasie Łódź Kaliska -  Warszawa Centralna. W większości była to smutna trasa, bo szara i nudna, nie mówiąc o mojej marnej kondycji. Lecz och, do czasu! W Żyrardowie bowiem wsiadł do mojego przedziału Bardzo Przystojny Facet. Spektakularnie przystojny. Taki z tych, których widuje się raz na pół roku, albo raz na rok. Albo może to ja takich tak rzadko widuję. Może problem w tym, że moje niezmiernie wysublimowane poczucie estetyki nie pozwala mi stwierdzać tak częściej. Niestety jeżdżąc rano autobusami nie zdarzają się takie cuda, jak choć jedna twarz, na którą można popatrzeć i nie krzywić się poprawić sobie humor o 7 rano. Wszyscy są marni. Nie, żebym ja była wybitna, zdaję sobie sprawę z potężnej hipokryzji.
Wracając do Bardzo Przystojnego Faceta.
Być może to miało mi właśnie umilić jazdę, na zasadzie "no, wiesz, Paulina, z racji tego, że ostatnie cztery dni wyrzygiwałaś sobie płuca, to miej chociaż coś od życia i sobie popatrz na ładnego człowieka", albo z drugiej strony "skoro już wyrzygiwałaś sobie płuca od czterech dni, to możesz się jeszcze dobić, że zaraz i tak wszyscy wysiądziecie i już nigdy takiego nie znajdziesz, a poza tym to wyglądasz beznadziejnie".

Poznałam ostatnio fantastyczny cytat Juliana Tuwima, który mówi, iż:

Mężczyzna długo pozostaje pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie.

I podejrzewam, że on w chwili, jak wsiadł, to już wiedział, że zrobił to spektakularne wrażenie. Zresztą, szczerze, jak się tak wygląda, to można z wysokim prawdopodobieństwem założyć, że robi się wrażenie na większości kobiet (a może i mężczyzn).
W każdym razie poszukując idealnego porównania między nami, doszłam do wniosku, że to będzie to:

Smutno mi (nie, tak naprawdę to zazdrość) jak widzę dobrze ubrane i ogarnięte dziewczyny, ale jak facet jest ubrany sto razy lepiej ode mnie, to już w ogóle mi przykro. No, ale tacy zdarzają się raz do roku, o czym już wspomniałam. I nie było mi przykro, zdecydowanie nie.
W każdym razie, Bardzo Przystojny Facet musiał być pod dużym wrażeniem, jakie zrobił na mnie, bo gdy wysiedliśmy na Centralnym, to obrócił się dwa razy na schodach, pewnie nie dowierzał (musiałam mieć to wymalowane na twarzy, a w dodatku nie omieszkałam chwycić za telefon, by podzielić się tą rewelacją). Gdybym była bohaterką romantycznej komedii (a może thrillera?), pobawiłabym się w stalkera i poszła za nim. Zamiast tego zaraz zgubiłam go w tłumie, a potem siebie. Przeszłam ten cholerny korytarz jakieś 4 razy w obie strony i na boki, nim zorientowałam się, że Złote Tarasy są po przeciwnej.

22 October 2013

I don't eat, I don't sleep

I am not a loving woman. That is a talent to love - and I lacked it.
Ktoś powinien być ze mną nocą i ratować mnie przed sobą. W dzień usiłuję ratować innych. Chyba marne mają ze mnie pocieszenie, ale przecież się staram.
Lecz cóż, jedyne towarzystwo, na jakie mogę liczyć, to pająki.

It's about using your unhappiness to help you see other people's pain.
George Eliot, Daniel Deronda
Ojejku. Postanowiłam przeczytać o panu Eliocie, bo zastanawiałam się kiedy pisał te swoje książki, bo w bibliotece jest tylko oryginał i uznałam, że mimo szczerych chęci XIX wieczna angielszczyzna mogłaby nieco przerosnąć moje możliwości... I okazało się, że George Eliot był kobietą. Boże. Tzn. wiem, że kobiety tak robiły, ale... Mimo wszystko się zdziwiłam, nie.

10 October 2013

z cyklu: zabawna historia [2]

Otóż dziś opowiem kolejną zabawną historię. Czwartek, moje pierwsze zajęcia z diagnostyki cytogenetycznej. Również jedne z pierwszych ćwiczeń laboratoryjnych w tym semestrze. Wszystko pięknie, dostaliśmy test na dobry początek (dobrze, że nie na ocenę, bo wykazałam się żałosnym poziomem wiedzy - po tylu latach! wstyd mi), ogólnie zajęcia zapowiadają się ciekawie i przynajmniej będzie to coś przydatnego.
Zadanie na dziś: założenie hodowli leukocytów, żebyśmy mogli w kolejnych tygodniach prowadzić rzeczoną diagnostykę. Hodowla leukocytów, czyli musieliśmy się trochę wykrwawić. Spoko, co to dla mnie! Już się kłółam na biologii molekularnej, fizjologii zwierząt, immunologii... Nic nowego. Tyle, że mieliśmy tym razem zwykłe igły do strzykawek, bo insulinówki ponoć za słabo tną, ehehe.
Wszystko gotowe.
Siadam, kłóję dwa razy, żeby lepiej leciało. Dwa razy machnęłam palcem i nie trafiłam do probówki, ale cztery krople wycisnęłam, wszystko pięknie. Sięgam po wacik kosmetyczny i przytykam do palca, zakręcam probówkę, mieszam, podaję koleżance z pary.
Śnię o zapachu krwi i o tym, jak wycieram palec wacikiem.
Dobrze mi się spało.
Dopóki nie przejrzałam na oczy i nie okazało się, że gapię się na sufit, że głowę podtrzymuje mi prowadząca ćwiczenia, a ktoś kładzie mi nogi na krzesło. Grupa skupiona naokoło - dostarczyłam mocy rozrywek! Trzęsą mi się ręce. Wychodzę na korytarz, kilka osób idzie ze mną w ramach asekuracji.
It's gonna be legendary. W przyszłych latach będą mówić: tylko uważajcie, bo jedna ze studentek kiedyś tu zemdlała.
Po kilku minutach wracam na salę i kończymy ćwiczenia, a prowadząca żartuje, żeby asekurować kolegę, który kończy zakładanie hodowli z krwi.
It'a a kind of funny story!