13 April 2014

fireflies danced in her hair

Her siren song seeps slowly into my head as I drew her close to my lips, and as they gently touched I felt a terrible rush, as the life was crushed right from my heart... Ach! Zakochałam się w niej, to pewnie ta syrena jakiś czar rzuciła.
A przy tym wielka mnie złapała wczoraj wena i piszę, i och, lekką ręką poszło mi z 11 stron, choć przyznać muszę, że nie wszystko było całkiem moje, ale... Ale poniekąd moje. W ogóle weny ostatnio mam dużo, tylko nie do tego, do czego powinnam ją mieć. Zamiast tego mogłabym robić rozliczne sprawozdania i przygotowywać seminaria, ale jak zaczęłam, to nie mogłam się oderwać.
W każdym razie święta za pasem, trzeba zrobić jeszcze parę brzuszków, żeby móc potem spokojnie tyć.
Z racji też zbliżającego się weekendu majowego, rozpoczęłam akcję "przygarnij mnie na zdjęcia", która mam nadzieję, odniesie pożądany skutek. Cóż, czekam! Tak samo jak czekam na mojego wyśnionego przez Dorotę mężczyznę marzeń,  który ma przybyć na koniu, albo chociaż na tym koniu zabrać mnie na plażę, gdzie będziemy razem śpiewać piosenki. Tak. Znam jego dane i wygląd. Oczywiście, jest z drugiego końca świata. Czemu mnie to nie dziwi? Anyway, come at me, bro!


04 April 2014

Warszafka

Okej, więc jeśli chodzi o mój spektakularny podbój stolicy, to niestety wyszło słabo. Aczkolwiek to, co wyszło, okazało się bardzo udane. W dwa dni obskoczyłam Łódź i Warszawę - zadziwiające, ile człowiek jest w stanie zrobić, jak wstanie o tej nieszczęsnej szóstej rano. W Łodzi przyczyniłam się do powstania projektu o graczach pbf, och, tyle wspomnień! Następny dzień w Warszawie był szary i marny w porównaniu z sobotą, którą spędziłam głównie w podróży, ale i tak udało nam się zrobić całkiem udane zdjęcia. Plus - jeść pizzę na obiad dwa dni pod rząd!

Zdjęcia: Marta Machej
Wizaż: Zuza J.
Pomagali Olga i Daniel







05 March 2014

same circle anyway

Och, wieje nudą, co? I nie mam tu na myśli tylko bloga, ale w związku z tym konkretnym przypadkiem postanowiłam trochę poględzić i wrzucić jakieś zdjęcia, które oglądam sobie co jakiś czas, bo zapominam, że w ogóle takie robiłam. Z ciekawszych faktów ostatnich dni: jestem na piątym dniu szóstki Weidera, odwiedziłam puste Giżycko, a reszta czasu schodzi na czekaniu. Czekaniu na nadchodzące podróże chociażby. Jak mówi najwspanialsza Karen Elson w nowej kampanii Louisa Vuittona (polecam obejrzeć, choć jest jej tam zdecydowanie za mało):
Getting there was not as important as experience of going. To travel it to live! Wprawdzie w przeciwieństwie do niej nie wybieram się na safari, ani w Himalaje, ani w żadne egzotyczne miejsce. Chociaż z racji nikłej znajomości stolycy można by ją uznać za egzotyczną.

Więcej grzechów nie pamiętam.

Nie wiem, o co tu chodziło. Musiałam mieć coś nie tak z nogą, ale nie widać tego na zdjęciu.

To znalazłam, gdy szukałam tego, czego nie mogłam znaleźć, dopóki nie przemogłam się i nie spytałam o drogę.

przed deszczem

w trakcie ulewy
Mój Miś, jak był mały.

Mój duży Miś. Rozważania egzystencjalne: wyskoczyć, czy nie wyskakiwać?

A w Giżycku było zimno i wiało. Prognoza pogody pokazywała, że będzie 7 stopni i średniozachmurzone niebo. W rzeczywistości było zachmurzone w 100%, do tego mgła, wiatr i 2 stopnie. Jakże się cieszyłam, że jednak nie wybrałam lżejszego płaszcza i zabrałam moje wspaniałe nauszniki. Zdjęcia robiła Monika, a potem zabrała na kawę.




21 December 2013

spałam w Pile i to jak na razie tyle

Tak, tak, we wrześniu to było. Nie dość, że spałam w Pile, to jeszcze piłam w Pile! I zdjęcia robiłam.
Na początku byłam ładna!



Potem już trochę mniej. Nowa twarz rajstop, urzekło mnie to stwierdzenie.





  

Nie zapominając o najważniejszym zdjęciu. Ja - człowiek pociąg. I my! Hihihih.



More to come, korzystając z tego, że mam internet, który d z i a ł a. Dorzucę nutkę na koniec: 

09 December 2013

widuję cię ukradkiem i zachwycam się

Otóż działo się to na trasie Łódź Kaliska -  Warszawa Centralna. W większości była to smutna trasa, bo szara i nudna, nie mówiąc o mojej marnej kondycji. Lecz och, do czasu! W Żyrardowie bowiem wsiadł do mojego przedziału Bardzo Przystojny Facet. Spektakularnie przystojny. Taki z tych, których widuje się raz na pół roku, albo raz na rok. Albo może to ja takich tak rzadko widuję. Może problem w tym, że moje niezmiernie wysublimowane poczucie estetyki nie pozwala mi stwierdzać tak częściej. Niestety jeżdżąc rano autobusami nie zdarzają się takie cuda, jak choć jedna twarz, na którą można popatrzeć i nie krzywić się poprawić sobie humor o 7 rano. Wszyscy są marni. Nie, żebym ja była wybitna, zdaję sobie sprawę z potężnej hipokryzji.
Wracając do Bardzo Przystojnego Faceta.
Być może to miało mi właśnie umilić jazdę, na zasadzie "no, wiesz, Paulina, z racji tego, że ostatnie cztery dni wyrzygiwałaś sobie płuca, to miej chociaż coś od życia i sobie popatrz na ładnego człowieka", albo z drugiej strony "skoro już wyrzygiwałaś sobie płuca od czterech dni, to możesz się jeszcze dobić, że zaraz i tak wszyscy wysiądziecie i już nigdy takiego nie znajdziesz, a poza tym to wyglądasz beznadziejnie".

Poznałam ostatnio fantastyczny cytat Juliana Tuwima, który mówi, iż:

Mężczyzna długo pozostaje pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie.

I podejrzewam, że on w chwili, jak wsiadł, to już wiedział, że zrobił to spektakularne wrażenie. Zresztą, szczerze, jak się tak wygląda, to można z wysokim prawdopodobieństwem założyć, że robi się wrażenie na większości kobiet (a może i mężczyzn).
W każdym razie poszukując idealnego porównania między nami, doszłam do wniosku, że to będzie to:

Smutno mi (nie, tak naprawdę to zazdrość) jak widzę dobrze ubrane i ogarnięte dziewczyny, ale jak facet jest ubrany sto razy lepiej ode mnie, to już w ogóle mi przykro. No, ale tacy zdarzają się raz do roku, o czym już wspomniałam. I nie było mi przykro, zdecydowanie nie.
W każdym razie, Bardzo Przystojny Facet musiał być pod dużym wrażeniem, jakie zrobił na mnie, bo gdy wysiedliśmy na Centralnym, to obrócił się dwa razy na schodach, pewnie nie dowierzał (musiałam mieć to wymalowane na twarzy, a w dodatku nie omieszkałam chwycić za telefon, by podzielić się tą rewelacją). Gdybym była bohaterką romantycznej komedii (a może thrillera?), pobawiłabym się w stalkera i poszła za nim. Zamiast tego zaraz zgubiłam go w tłumie, a potem siebie. Przeszłam ten cholerny korytarz jakieś 4 razy w obie strony i na boki, nim zorientowałam się, że Złote Tarasy są po przeciwnej.

22 October 2013

I don't eat, I don't sleep

I am not a loving woman. That is a talent to love - and I lacked it.
Ktoś powinien być ze mną nocą i ratować mnie przed sobą. W dzień usiłuję ratować innych. Chyba marne mają ze mnie pocieszenie, ale przecież się staram.
Lecz cóż, jedyne towarzystwo, na jakie mogę liczyć, to pająki.

It's about using your unhappiness to help you see other people's pain.
George Eliot, Daniel Deronda
Ojejku. Postanowiłam przeczytać o panu Eliocie, bo zastanawiałam się kiedy pisał te swoje książki, bo w bibliotece jest tylko oryginał i uznałam, że mimo szczerych chęci XIX wieczna angielszczyzna mogłaby nieco przerosnąć moje możliwości... I okazało się, że George Eliot był kobietą. Boże. Tzn. wiem, że kobiety tak robiły, ale... Mimo wszystko się zdziwiłam, nie.

10 October 2013

z cyklu: zabawna historia [2]

Otóż dziś opowiem kolejną zabawną historię. Czwartek, moje pierwsze zajęcia z diagnostyki cytogenetycznej. Również jedne z pierwszych ćwiczeń laboratoryjnych w tym semestrze. Wszystko pięknie, dostaliśmy test na dobry początek (dobrze, że nie na ocenę, bo wykazałam się żałosnym poziomem wiedzy - po tylu latach! wstyd mi), ogólnie zajęcia zapowiadają się ciekawie i przynajmniej będzie to coś przydatnego.
Zadanie na dziś: założenie hodowli leukocytów, żebyśmy mogli w kolejnych tygodniach prowadzić rzeczoną diagnostykę. Hodowla leukocytów, czyli musieliśmy się trochę wykrwawić. Spoko, co to dla mnie! Już się kłółam na biologii molekularnej, fizjologii zwierząt, immunologii... Nic nowego. Tyle, że mieliśmy tym razem zwykłe igły do strzykawek, bo insulinówki ponoć za słabo tną, ehehe.
Wszystko gotowe.
Siadam, kłóję dwa razy, żeby lepiej leciało. Dwa razy machnęłam palcem i nie trafiłam do probówki, ale cztery krople wycisnęłam, wszystko pięknie. Sięgam po wacik kosmetyczny i przytykam do palca, zakręcam probówkę, mieszam, podaję koleżance z pary.
Śnię o zapachu krwi i o tym, jak wycieram palec wacikiem.
Dobrze mi się spało.
Dopóki nie przejrzałam na oczy i nie okazało się, że gapię się na sufit, że głowę podtrzymuje mi prowadząca ćwiczenia, a ktoś kładzie mi nogi na krzesło. Grupa skupiona naokoło - dostarczyłam mocy rozrywek! Trzęsą mi się ręce. Wychodzę na korytarz, kilka osób idzie ze mną w ramach asekuracji.
It's gonna be legendary. W przyszłych latach będą mówić: tylko uważajcie, bo jedna ze studentek kiedyś tu zemdlała.
Po kilku minutach wracam na salę i kończymy ćwiczenia, a prowadząca żartuje, żeby asekurować kolegę, który kończy zakładanie hodowli z krwi.
It'a a kind of funny story!

11 September 2013

kocham panią

Ostatnio brutalnie pozbawiona mp3 z powodu zepsutego kabelka (a potem baterii, która padła, nim ruszyłam w drogę) musiałam sama sobie dostarczyć rozrywki w postaci muzyki w autobusach i pociągach, i tak właśnie chodziła za mną ta piosenka (razem ze Znam ze snu twe usta i oczy twoje znam, jak we śnie tę samą masz postać, nawet uśmiech ten sam! Kto zgadnie, co to, wygrywa talon na balon.). W ogóle z racji znacznego pogrążenia w XIX wieku, a do tego po Kartce miłości, urzeka mnie niezmiernie ten zwrot. W ogóle te panny, panie i panowie. Chyba lubię dystans, jaki utrzymują między ludźmi.
Wachlowała się, zaczerwieniona i zgrzana tańcem. Pierś jej unosiła się pod prześwitującą koronką sta­nika. I znów poczuła na ramionach oddech Henryka, który jej nie odstępował, ale nie miała już siły, by uciec przed jego wyznaniem. Przysunął się i powie­dział cicho, tuż przy jej włosach:
—   Kocham panią! Jakże panią kocham!
Gorący żar ją ogarnął, zapłonęła od stóp do głowy. Boże mój! A więc powiedział — nie będzie już mogła udawać, że o tym nie wie! Jakże teraz zachowa spo­kój? Zaczerwienioną twarz zakryła wachlarzem. Roz­ochocona dzieciarnia tupała zawzięcie, tańcząc ostat­niego kwadryla. Dźwięczały srebrzyste śmiechy, piskli­we okrzyki radości rozlegały się jak świergot ptaków. Dziwna świeżość biła od tych maleństw rozhasanych jak diabliki.
—   Kocham panią! Jakże panią kocham! — powtó­rzył Henryk.
Zadrżała znowu, nie chciała słuchać. Nieprzytomna, cofnęła się do stołowego pokoju. Tu było pusto, tylko pan Letellier spał smacznie na krześle. Henryk wszedł za nią. Odważył się schwycić ją za ręce nie bacząc na nic; zadrżała, gdy zobaczyła jego twarz zmienioną pożądaniem. Powtarzał wciąż:
—   Kocham panią, kocham panią!
 Z racji tego, że nie przeszkadza mi słuchanie piosenek w kółko po tysiąc razy, to i powtarzanie dwóch wersów w nieskończoność też mnie zadowala, bo zawsze to lepsze, niż słuchanie ludzi w środkach komunikacji miejskiej.

To było tytułem wstępu, bo prócz tego mam kilka zdjęć z Tczewa. Generalnie moje małe marzonko się spełniło, bo jeżdżąc cztery lata przez tczewski most, bardzo chciałam kiedyś na niego wleźć i zrobić tam zdjęcia. No i w końcu wlazłam i zrobiłam. Zdjęcia robiła Klaudia G. i ogólnie było bardzo miło.



Jak widać na załączonym obrazku, muszę schudnąć, a jakoś na trzech dniach ćwiczeń się skończyło.

04 September 2013

girl from the neighbourhood

Zaraz po powrocie z Helsinek (męczącym, choć z pewnością pełnym wrażeń) poszłam na bardzo spontaniczne zdjęcia ze wspaniałą Kaliną i tym sposobem wykorzystałyśmy ostatni ładny wieczór, przed nastaniem dwóch dni iście listopadowych. Poszwędałyśmy się po starym mieście, w miejscach, o których istnieniu nawet nie wiedziałam, wzbudziłyśmy pewne, acz niezbyt wielkie, zainteresowanie wśród przechodniów i obie złapałyśmy katar.







A potem przebrałam się przy garażach (mam coraz większą wprawę, nie powiem) i stałam się wdową. Idealnie, if you ask me.




03 September 2013

po pierwsze: motywacja

Jako, że jest wrzesień, a ja jak zwykle w czasie wakacji rozrosłam się do rozmiarów słonia (albo wieloryba. Cud, że jeszcze nie ganiają za mną z harpunami.), to postanowiłam temu zaradzić w trybie przyspieszonym. Bo to już jest naprawdę skandal. Granice przyzwoitości przekroczone już trzy kilogramy temu. Teraz to już wspinam się na szczyty rozpaczy.
A zatem próbuję także zmobilizować Dorotę, bo w kupie raźniej (chociaż liczyłam, że wstanie wcześniej i poćwiczymy rano, niestety, przeliczyłam się).
I tu właśnie, w ramach motywacji, moje najpiękniejsze zdjęcie wstawię, z czasów, gdy miałam najpiękniejszą wagę i w ogóle jeszcze mi się chciało.