22 February 2017

sisters before misters

Spędziłyśmy jeden dzień (i jakąś część innego) na zrobienie z Dorotą paru zdjęć. Trzeba przyznać, że to, hehe, ciężka współpraca, bo Dorota nie lubi fotografii modelkowej, a do tego przy szarudze i deszczu za oknem, i kompletnie słabym rozmieszczeniu lamp w mieszkaniu ciężko uzyskać zadowalające efekty. Wtedy już chyba byłam po otrzymaniu wspaniałych paletek z Too Faced, ale makijaż wyszedł mi mocno średnio, więc na domiar złego wyglądałam trochę jak panda. Ewentualnie jak na haju. No, ale coś tam wyszło. W dodatku, jak to często bywa, najlepsze zdjęcia wyszły całkiem przypadkiem. Przy drugim, ekspresowym foceniu nie miałam prawie w ogóle makijażu, bo w sumie nie było czasu, bo by się światło skończyło.

18 February 2017

I went to Oregon twice - it rained!

W 2016 roku przypadło mi do wykorzystania 10 dni urlopu i w zasadzie nie byłam pewna, jak to z tym urlopem jest, toteż uznałam, że no lepiej wziąć, niż nie wziąć, no nie? A co bym robiła zimą w domu przez 2 tygodnie? Przecież by szło oszaleć z nudów! Tym bardziej, że pogoda była mało zachęcająca do życia. I tak też narodził się szalony plan (no jednak to szaleństwo mnie nie opuszcza), by wybrać się do Corvallis. Kosztowało to oczywiście wszystko, co zarobiłam do tego czasu (no, z tą pensją to i życie na sucharkach - choć ostatnio kolega z pracy wykłócał się, że sucharki są drogie - nie jest najłatwiejsze!), ale hej, ile razy ma się okazję, by odwiedzić kogoś w JU ES EJ? No, dobra, ja miałam już drugą, hehe. Ale w tym roku raczej się nie uda, a dalej moja wyobraźnia nie sięga, także no.

12 February 2017

wrzesień

Wcześniej, we wrześniu 2016 (gubię się w czasie, czas mi przepływa przez palce i moja nihilistyczna natura trochę płacze z tego powodu, ale zmusza też do dokładniejszego umiejscawiania zdarzeń), miałam przyjemność spotkać się po raz kolejny z Tomaszem Kołeckim, z którym zrealizowaliśmy dwie bardzo fajne sesje. Na pełne efekty pierwszej wciąż czekam, ale drugą mogę zaprezentować. Zdjęcia zrealizowaliśmy w Kolibkach w Gdyni.


early winter

Okej, może czas na jakieś odświeżenie. W listopadzie bodajże, gdy jeszcze zima nie była zbyt zdecydowana, czy przychodzić, czy nie, wybrałam się na ekspresową sesyjkę do Anny - Blanka Art. Miałam dość długą przerwę od pozowania, toteż w sumie fajerwerków nie ma, ale ostatecznie nie o to zawsze musi chodzić. Zdjęcia wyszły delikatne, dziewczęce i w sam raz na nadchodzącą zimę. I wyglądam jak dzidzia na nich #foreveryoung


31 July 2016

I follow rivers

Nie wiem, czemu nie wrzuciłam tu nigdy tych zdjęć... To znaczy, chyba nie wrzuciłam? Nie, nie wrzuciłam. No więc nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłam, bo to też jedne z tych bardziej przeze mnie ulubionych, do których bardzo lubię wracać. Te także robiłam w Orłowie, zimową porą - bo w styczniu zeszłego roku. Śniegu było więcej, niż w tym, ale wciąż jak na lekarstwo, więc znalezienie takich miejsc, które chociaż trochę udawałyby, że jednak jest zima, nie było wcale takie proste! Marzyła nam się zimowa plaża, haha, takie rzeczy to niestety ostatni raz parę lat temu widziałam. Ale nie ważne, bo zdjęcia i tak wyszły naprawdę fajnie. Nie zostaje mi nic innego, jak zaprosić do oglądania.

Luty

W lutym tego roku spotkałam się na szybkie, proste zdjęcia, a skoro już tu zaczęłam odświeżać, to i nimi się podzielę.
Fotografowała Edyta Serocka. Sesja typu no make up.


Gdynia Orłowo

Dzień po powrocie z Wrocławia byłam umówiona na zdjęcia w Orłowie. Szczerze mówiąc, był to pierwszy raz, kiedy w ogóle weszłam na klif i pierwszy od niepamiętnych czasów, kiedy przeszłam plażą za klif (jak na mieszkańca Trójmiasta przystało, kompletnie nie znam naszych miast. Łotewer.) Choć pogoda spłatała nam figla tuż przed umówioną godziną, bo zaczęło padać, nim dojechałam na miejsce zrobiło się już całkiem ładnie i mogłyśmy bez większych przeszkód zrealizować nasz plan. Oczywiście w trakcie naszego około dwugodzinnego spotkania na długości tego kilometra, no max półtora, naliczyłam co najmniej pięć par młodych podczas sesji ślubnej. Ten widok nigdy nie przestanie mnie bawić. Aż mi było głupio, że też jestem ubrana na biało, eheh.

Zdjęcia robiła Elwira Szczęsna
A ja się malowałam i takie tam. Hehe.

Wszystkie zdjęcia szalenie mi się podobają, więc uwaga, będzie tego dużo!

Wrocław

Z racji tego, że miałam zacząć pracę akurat wraz z początkiem tak zwanych wakacji, uznałam, że muszę sobie zafundować urlop przed (jakiś lepszy, niż siedzenie w domu, co praktykowałam wcześniej na przymusowym urlopie zwanym bezrobociem. Generalnie nie polecam. Zachlastać się można). No więc pojechałam na parę dni do Wrocławia, w którym właściwie nigdy nie byłam (przejście z dworca na drugi dworzec się nie liczy). Oczywiście nie mogło być wyjazdu bez zdjęć! Zdjęcia robiłyśmy akurat poza Wrocławiem, co w zasadzie wyszło nam na dobre, bo w mieście było masakrycznie gorąco.
Fotografowała Karolina, oczywiście. I malowała też.






28 August 2015

Dolomity

Nie mam szczególnych chęci ani weny do pisania, więc pokażę zdjęcia, które powinny mówić same za siebie, jeśli chodzi o Dolomity.



To akurat część pierwsza wycieczki, okolice bliższe Bergamo, niż górom. Hotel zrobiony w starych murach, upał ponad 30 stopni i wilgotność milion, ascetyczny pokój i chudy, rudy kot.

25 June 2015

nie śpię, bo trzymam kredens

D. dziś zapytała, czy coś ostatnio wrzucałam na bloga, albo pisałam. He he. Hehehehe. He. Jak widać, na blogu dawno nic nie pisałam. Natomiast od dłuższego czasu piszę pracę mgr. Piszę i piszę, i piszę, i piszę...
Generalnie już dość dawno doszłam do wniosku, że mimo tego, że ja się zawsze spieszę, to ostatecznie kończę spóźniona. Wiecie, tak życiowo spóźniona generalnie. I tak oto, choć napisaną pracę wysłałam do weryfikacji pod koniec maja, optymistycznie zakładając, że gdzieś do połowy czerwca będzie zaakceptowana, to niestety, kolejny raz będę spóźniona.
Obrona miała być 30 czerwca. Ostatni możliwy termin. Trzeba było złożyć dokumenty do 23. Jeszcze 22 wierzyłam, że to się uda. Potem się okazało, że B. pogadała i przesunęła mi o dzień. 23 spędziłam na poprawkach czas od 9.00 do 15.00. Poprzedniej nocy poprawiałam do 3.00, na 9.00 byłam na uczelni. Na jednej kawie.
B. pyta: czemu się tak pan ręce trzęsą?! No jak to czemu, jak to czemu! B. pyta: a śniadanie pani jadła? Nie jadłam. No to ja pani może dam bułkę. Bo jeszcze pani padnie, praca nie jest tego warta! Nie, spoko, dam radę. 2h później B. mówi, dam pani jednak tę bułkę. O, i kabanosa.
Jednak dobrze, bo obiad zjadłam dopiero po 17.00. I to chyba była ostatnia rzecz, którą jadłam do 4.30 dnia 24. Myślałam sobie, spoko, już prawie skończyłam, do północy ogarniemy. O północy pierwsze poprawki, o 2.00 kolejne, o 3.00 kolejne. O 4.30 wysłałam, zdając sobie sprawę, że nie mam już pojęcia, co ja tam porobiłam. Patrzę na światło zza rolety i sobie myślę, o kurczę, to chyba zorza! Bo wcześniej ktoś mi mówił, albo wysyłał informacje, że tej nocy będzie zorzę widać w Polsce. Ale się zorientowałam, że nie, to nie zorza, to po prostu robi się jasno. Od 8.30 już nie spałam, bo cała w nerwach czekałam na mejla odnośnie poprawek. O 9.00 dzwoni B., więc zrywam się z łóżka i odpalam plik. Nerwy, nerwy, no bo przecież dziś był termin. O 12.00 znowu dzwoni B. i mówi, przeniosłam pani obronę, może pani iść spać. No to poszłam. Wcale nie zasnęłam, więc po godzinie strzeliłam APAP i jazda, do nauki, zagadnienia przerabiać. W Biedronce kupiłam energy drinka o smaku szampana, jak się potem okazało. Jest szampan, jest impreza.
O 19.00 znów siadam do poprawek i zimny pot mnie zalewa, jak B. pisze, żebym nie wysyłała za późno. Praca pod presją czasu to chyba nie jest moja mocna strona.
W każdym razie, kojarzycie sławne nagłówki z FAKTU? Nie śpię, bo trzymam kredens?
No.
To już wiecie, czemu ja nie śpię.
I zgadnijcie, co będę robić tej nocy!